GŁOSUJEMY NA ANDRZEJA BATORA

ANDRZEJ BATOR, światowej sławy baryton, HONOROWY OBYWATEL BLEDZEWA, jest wśród nominowanych przez Kolegium Redakcyjne Gazety Lubuskiej do tytułu OSOBOWOŚĆ ROKU. Aby oddać głos wyślij na 72355 SMS o treści: ZGK.43 (2,46zł z VAT) lub zagłosuj na  www.gazetalubuska.pl/p/kandydat/1914799. Głosowanie kończy się 27 maja o godz. 20.30

 

Do przemyślenia …

- KONTAKT. Słowo to z biegiem lat bardzo zmieniło znaczenie. Oznaczało gniazdko z elektrycznością, spotkania towarzyskie, telefony… Mój kolega, profesor językoznawca, jak słyszy „w kontakcie” to wie, że trzeba się od…pinkować. A teraz słowo KONTAKT jak czarodziejska laseczka po kliknięciu na WWW.powiatowa.com.pl pokazuje nam mapkę i możemy spacerować ulicami Międzyrzecza i okolic. Mamy takich czytelników, którzy wyjechali z rodzinnego miasta i tęsknią. Pandemia nie pozwala na wycieczki i podróże, więc taki wirtualny powrót do miejsc znanych sprzed lat jest bezcenny.

            - MATURA 2021. Jeszcze dwa lata temu był to czas zmagań i realizacji życiowych planów. Były duże osiemnastki i studniówki, nikt nie myślał, że coś się zmieni. W maju 2020 już było inaczej, a teraz jest szaro i smutno. Pamiętam „maturę Giertycha” , ale czy młodzież sfrustrowana siedzeniem w domu poradzi sobie z przedmiotami maturalnymi i własnymi lękami? Życie towarzyskie przeniosło się do Internetu i randek z Tindera. Czy młodzi będą umieli cieszyć się z dojrzałości w cieniu zarazy? Ale patrząc w przyszłość -  prawdziwe programowe tsunami dla uczniów przed nami!

            - MIĘDZYRZECKA POCZTA to temat powracający co roku jak bumerang. Ponieważ obostrzenia epidemicznie wszędzie obowiązują, na poczcie mogą być trzy osoby. To rozumiem. Ale jak kolejka jest aż do targowiska, wieje ostry wiatr i pada deszcz – to nie rozumiem, dlaczego czynne jest tylko jedno okienko. Na pewno brakuje pracowników, bo Poczta Polska leczy finansowe rany po wyborach -  kosztem pracowników i klientów. Tak było 8 kwietnia. Panie w okienkach są zawsze bardzo miłe i do nich nigdy nie mam pretensji. Latem znowu będę pisała o braku klimatyzacji na poczcie, chociaż może pani naczelnik, wreszcie - po latach oczekiwań i narzekań - załatwi ten gorący problem. Jeżeli stanie się cud – to przeproszę.

            - CCC w Międzyrzeczu co jakiś czas przeżywa oblężenie. Mądry właściciel sieci sklepów wie, że nie należy magazynować towaru, więc otrzymujemy SMS o zniżkach i atrakcyjnych zakupach. Ja jestem obuwniczą zakupoholiczką, ale jak tu się oprzeć, kiedy dostaję SMS z przesłaniem, że mam piękne imię (!) No, nie można się oprzeć. Trzeba kupić i ustawić kolejną parę – w pudełku – bo tak lubię - i cieszyć się widokiem – nie zawsze potrzebnych nowych butów. Panie w naszym CCC są miłe i cierpliwe, pomagają szukać odpowiednich rozmiarów i zachęcają do zakupów. Chętnych dużo.

            - SZPAKI ATAKUJĄ. I może bym te szpaki polubiła, mimo że drą się niemiłosiernie, ale one upodobały sobie  nasze piękne bratki i zanim się zorientowałam, ogołociły sprytnie z całych kwiatków dwa krzaczki! Kochamy przyrodę, całą zimę karmimy wróbelki, pozwalamy jaskółkom na budowanie gniazd pod oknami, ale żadne ptaszki nie kradły nam żółtych bratków! Może ten piękny kolor je kusi? Wiosenne gody mają swoje prawa. Pan szpak pewnie bardzo kocha swoją wybrankę, dla której wije takie kwiatowe gniazdko.  

            - O ZDROWIU – takie czasy, że o zdrowiu być musi. Nadal są teleporady i kolejki po kody na recepty i inne –e porady. Kiedy wrócą czasy, że będziemy solidnie zbadani - nie tylko w prywatnym gabinecie lekarskim? Powstają nowe punkty szczepień i podobno można dostać szczepionkę w zależności od skierowania. O jakie skierowanie chodzi? Kto ma je wystawić? To kolejna sztuka dla sztuki. Ten nowy punkt szczepień w starostwie to tylko przeniesienie z miejsca tak do tego nieprzystosowanego, że gorzej nie można. Pod poradniami na ul. Konstytucji 3 Maja był ogromny tłok „na widoku”, ludzie przychodzili nie na swoją godzinę (ale zapytani odpowiadali chórem – że np. na 13.30), interweniowała policja, a tu – cicho, spokojnie, daleko od centrum. Tylko dlaczego nie dwa miesiące temu? No, ale lepiej późno niż wcale i niech się wszyscy zaszczepią. Na pytanie - dlaczego tyle jest zgonów na covid – odpowiadają znane medyczne autorytety: chorzy za późno trafiają do szpitala, bo od teleporady do właściwego leczenia jest bardzo długa droga, a potem jest już za późno. A tak na marginesie – czy łatwiej utrzymać reżim sanitarny w żłobku i klasach 1 – 3 niż np. w siłowni czy restauracji i hotelu?

Izabela Stopyra

redaktor naczelna


 

 

 

 

 

MEDI- PLUS  ŚWIADCZENIA MEDYCZNE MARZENA KUCHARSKA

 

      Zwierzyn, Gościm, Bledzew – w tych miejscowościach są gabinety diagnostyczno - zabiegowe, poradnie lekarzy, pielęgniarek i położnych POZ oraz punkty szczepień. Tą rozbudowaną pomocą medyczną zarządza mgr Marzena Kucharska z Międzyrzecza.

 

- Teren rozległy. Ilu pracowników jest zatrudnionych w Medi – Plus?

- Firma zatrudnia 22 osoby, w tym 2 pracowników administracji w niepełnym wymiarze godzin pracy.

- Co – zdaniem szefowej -jest największym atutem przychodni w małych miejscowościach?

- W małych miejscowościach znają się wszyscy. Mieszkańcy mają utrudniony dostęp do szpitali, poradni specjalistycznych, ale szybciej mogą liczyć na pomoc dobrosąsiedzką. Poruszamy się w terenie, gdzie wielu pacjentów mieszka daleko od poradni: w lesie, nad jeziorami. Bledzew ma swój klimat. Tu lekarze i pielęgniarki chętnie  przyjeżdżają, pacjenci są kulturalni, mili, stosują się do zaleceń. Głównie są to osoby starsze, schorowane, wielu naszych pacjentów to rolnicy i osoby samotne, których dzieci wyemigrowały. Do każdego trzeba dotrzeć, dla każdego znaleźć czas.

- Czy gminni urzędnicy pomagają w niesieniu pomocy?

- Z włodarzami gminy pozostajemy w stałym kontakcie, pomagają nam w utrzymaniu pomieszczeń poradni. Inwestują w modernizację placówki, gdzie powstają nowe pomieszczenia, które zostaną wykorzystane na świadczenia medyczne. Ściśle współpracujemy z Ośrodkiem Pomocy Społecznej. W każdej poradni jest wytypowany pracownik, który uczestniczy w spotkaniach komisji OPS, gdzie wspólnie ustalamy najkorzystniejsze formy pomocy pacjentom, mieszkańcom danej gminy.

- Co zmieniło się w czasie pandemii w funkcjonowaniu placówek?

- Pandemia na początku sparaliżowała pracę poradni. W Zwierzynie, gdzie placówka skupia blisko 3 tysiące pacjentów, nasze drzwi pozostały otwarte. Teleporady nie do końca się sprawdziły, wizyt domowych zdecydowanie przybyło. Szpitale w Drezdenku i Międzyrzeczu zamknęły oddziały zabiegowe oraz chorób wewnętrznych. Pacjenci pozostali bez opieki szpitalnej, a lekarze rodzinni mają ograniczone możliwości diagnostyczno-lecznicze. Obecnie w szpitalach leczy się głównie pacjentów z SARS-Cov-2. Nie ma informacji ze strony osób odpowiedzialnych za zabezpieczenie medyczne mieszkańców powiatów, gdzie mają się leczyć pacjenci bez Covid. Niektórzy z nas dostali od wojewody nakaz stawienia się w oddziałach covidowych, pozostali pracują na zdwojonych obrotach. W czerwcu nasi wracają, oby zdrowi na ciele i duszy.

- Przychodnia w Bledzewie jako jedna z pierwszych w powiecie międzyrzeckim zgłosiła rejestrację na szczepienia antycovidowe. Jak dajecie sobie radę z najazdem chętnych z całego województwa?

- Choć samodzielnie ustalam harmonogramy szczepień, rejestrację pacjentów, negocjuję dostawy szczepionek i prowadzę sprawozdawczość, to wiem, że sukces akcji zależy od ludzi, od personelu. Załoga jest bardzo zaangażowana, chętnie przystąpiła do szczepień, bo jak twierdzą ,,w końcu to nasz obowiązek’’. Szczepimy w powiecie międzyrzeckim i strzelecko -drezdeneckim, w dwóch punktach szczepień. Obecnie powstają nowe punkty szczepień powszechnych w Dobiegniewie i Międzyrzeczu. W Dobiegniewie wyszczepialność jest bardzo niska i Pani Burmistrz zwróciła się do nas o pomoc. Do szczepień pacjentów kwalifikuje lekarz, szczepią doświadczone pielęgniarki. Pomagają nam żołnierze  z WOT, za co bardzo dziękujemy. W sytuacji, kiedy dostajemy z dnia na dzień dużą partię szczepionek, wówczas uruchamiamy terminy dla infolinii, tzw. sloty zewnętrzne. Bardzo dużo przyjeżdża do nas mieszkańców Międzyrzecza, zaprzyjaźnionego Szczecina, ale nie brakuje też z Gorzowa, Zielonej Góry, Wrocławia czy Poznania. Miło jest patrzeć jak ludzie się cieszą, że nareszcie się doczekali, że psychicznie czują się lepiej. Słyszymy dużo miłych słów, podziękowania. Od mieszkańców Szczecina w podziękowaniu za zaszczepienie wielu mieszkańców tego miasta, otrzymaliśmy ,,Białe Kruki’’.

- To bardzo miłe wyróżnienie. Szczepienia były też w Wielką Sobotę. Czy Centrum Dystrybucji Szczepień jest szczególnie łaskawe dla Medi - Plus?

- W poniedziałek przed świętami zwiększono dostawę o 90 dawek, ale już w środę dotarło ich 690 więcej niż zwykle. Nikt z personelu nie odmówił pracy w Wielką Sobotę i dodatkowo od środy do soboty zaszczepiono 690 osób, żadna dawka się nie zmarnowała. Szczepimy głównie preparatami firmy Pfizer i Moderna.

- Dzięki porozumieniu z burmistrzem Remigiuszem Lorenzem powstaje w Międzyrzeczu Punkt Szczepień Populacyjnych dla wszystkich roczników. Kto i gdzie będzie szczepił?

- Otrzymaliśmy wsparcie ze strony burmistrza i organizujemy punkt szczepień w Międzyrzeczu w hali sportowej na osiedlu Kasztelańskim. Szczepienia będzie wykonywał wykwalifikowany personel lekarski i pielęgniarski. Dysponujemy zespołem wyjazdowym i możemy szczepić pacjentów obłożnie chorych w miejscu zamieszkania.

 

Szczepienia to najważniejszy problem dla samorządowców, którzy powinni usiąść razem i ustalić, gdzie zorganizować albo usprawnić działające już punkty szczepień, żebyśmy czuli się zabezpieczeni. Razem naprawdę można więcej zrobić.

Jesteśmy już rodzinnie podwójnie zaszczepieni w Bledzewie. Rejestracja, SMS z datą i godziną – dojazd do przychodni, zastrzyk i 15 minut relaksu. Przyłączam się do szerokiego grona zadowolonych z placówki w Bledzewie, bo: świetna organizacja, przystojny lekarz i bardzo sympatyczne pielęgniarki.

Marzena Kucharska po raz kolejny okazała się kobietą sukcesu: szefowa jest konkretna, lubi swoją pracę, personel nie szczędzi sił, a pacjenci są zadowoleni.

 

Dziękuję w imieniu swoim i wszystkich zadowolonych.

 

Izabela Stopyra

 


 


 

 

 

Z ALINĄ PINIARSKĄ

rozmawiam o blaskach i cieniach zawodu pielęgniarek

 

12 maja - Międzynarodowy Dzień Pielęgniarek i Położnych ustanowiony został na kongresie w Meksyku w 1973 roku. To zawód o dużej randze społecznej, ciągle jednak niedofinansowany i deficytowy. Niskie pensje i przeciążenie pracą to główne powody, dla których jest coraz mniej do świętowania.

 Wielkim błędem było zlikwidowanie szkół medycznych, tak jak to się stało z Liceum Medycznym w Obrzycach, którego absolwentki były zatrudnione w okolicznych szpitalach. Niestety, luka pokoleniowa pogłębia się. Mam to szczęście, że uczyłam w tym liceum i do dzisiaj doświadczam sympatii moich dawnych uczennic. Jak na sali operacyjnej przywitała mnie z uśmiechem Jadzia Woźna, to od razu przestałam się bać. Ewa, Grażyna , Jola, Basia … Lubię wszystkie dziewczyny w „strojach organizacyjnych” - czepkach i szarych mundurkach, chociaż to już przeszłość i myślę o nich zawsze z wielkim sentymentem, ale najbliższy kontakt mam z Aliną Piniarską, na której pomoc zawsze mogę liczyć.

 

- Alinka, jesteś już na zasłużonej emeryturze, ale całe swoje zawodowe życie przepracowałaś w międzyrzeckim szpitalu. Jaki oddział wspominasz najlepiej?

-  Bardzo dziękuję  Izunia, że chcesz ze mną porozmawiać z okazji Światowego Dnia Pielęgniarki i Położnej. Tak jak powiedziałaś, jestem już na emeryturze, ale ciągle czuję się pielęgniarką.

Wrócę na chwilkę do Liceum Medycznego, w którym byłaś moją polonistką. Dobrze wiesz, że język polski  nie był moją mocną stroną. Ja lubiłam przedmioty ścisłe i zawodowe. Więc nasze relacje były takie: Alina, nie przeczytałaś lektury - dwója. No i za co ja miałam ciebie lubić? Ale po skończeniu szkoły napisałam jakiś tekst do Powiatowej i poszłam z nim do ciebie. I tak się zaczęło, tekst ci się bardzo spodobał, a ja byłam szczęśliwa, że Iza Stopyra mnie pochwaliła i opublikowała go w Powiatowej. Pomału tak się zbliżyłyśmy do siebie. A jeśli chodzi o to, że zawsze możesz na mnie liczyć, to nic takiego, przecież ja też mogę zawsze na ciebie i twojego męża Michała liczyć - po to się ma przyjaciół.

Wrócę jednak do pytania. Tak, 40 lat przepracowałam w międzyrzeckim szpitalu i będąc już na emeryturze jeszcze jeden rok, razem 41 lat. To większość mojego życia. Pracowałam na dniówkach i nockach, nie wiem nawet kiedy minął, a przecież to duży kawałek czasu. Przez wszystkie lata pracowałam na oddziałach zabiegowych, przy łóżku chorego. Pytasz mnie jaki oddział najlepiej wspominam? Odpowiem bez zastanowienia -  chirurgia. Byłam młoda, poznawałam wszystkie tajniki zawodu, który kochałam i kocham do dzisiaj. Byli wspaniali lekarze, którzy obdarzali mnie zaufaniem, niestety, wielu już nie ma wśród nas. Jako młodej pielęgniarce bardzo mi to imponowało, ale nie tak, żeby przysłowiowa woda sodowa do głowy uderzyła. Zawsze wykonywałam swoją pracę z należytą starannością mając na uwadze dobro chorego.

Po 11 latach, nie wiem sama do dzisiaj, dlaczego zmieniłam oddział na ginekologię i położnictwo. Oddział specyficzny- same kobiety, praca bardzo ciekawa. Zawsze lubiłam być tam, gdzie coś się działo. Czasami udało mi się pomóc położnej przy porodzie, pięknie jest zobaczyć jak rodzi się nowe życie. I tak  minęły 22 lata na tym oddziale i zaczęło się: zwolnić pielęgniarki, bo mają pracować tylko położne, zamknąć oddział itd.

W tym czasie działała już w naszym szpitalu ortopedia i potrzebne były pielęgniarki. Więc się zgłosiłam na ochotnika i ostatnie 8 lat tam pracowałam. Jak bym tak szczerze miała powiedzieć, to ortopedia po chirurgii była tym najlepszym oddziałem. Przy okazji pozdrawiam serdecznie cały personel Oddziału Ortopedii, życzę wszystkim zdrowia i wytrwałości w tym ciężkim dla nas czasie. Tęsknię za wami, ale niestety, mój czas już minął. Dziękuję za te osiem pięknych a zarazem pracowitych lat.

- Jakie zmiany następowały w ciągu tych lat pracy?

- W ciągu tych lat zaszło wiele zmian, niekoniecznie dobrych dla pracowników jak i dla pacjentów.

Zaczęłam pracę w ZOZ, potem były przekształcenia aż do Szpitala Międzyrzeckiego Sp. z o.o. Nie znam się na tym, ale wiem, że miało być zawsze lepiej. Jednak ja tego nie zauważyłam, szpital tonie w długach, prezesi się zmieniają, każdy ma swoją wizję, z której nic nie wynika. Personel pracuje ponad siły, tonie w stertach dokumentów, spędza połowę czasu (jak nie więcej) przy komputerach i totalny brak czasu dla pacjenta.

Nie wszystko jest jednak złe, medycyna przez te wszystkie lata bardzo poszła do przodu. Można lepiej i szybciej zdiagnozować chorego, jest dużo lepszego sprzętu, chociażby USG. Kiedy zaczynałam pracę nie było sprzętu jednorazowego użytku, rękawiczek itd. Zawsze brakowało personelu pielęgniarskiego, ale nie tak dotkliwie jak dzisiaj. Pielęgniarki są przepracowane, pracują na dwóch lub więcej etatach. Teraz, kiedy jestem  coraz starsza i mogę  potrzebować pomocy, to jestem przerażona tym wszystkim. Jednak ciągle wierzę, że albo będę zdrowa, albo wszystko się zmieni na lepsze. Wiara czyni cuda.

- Alunia, co jest najtrudniejsze w zawodzie pielęgniarki?

- Co jest najtrudniejsze? Dobre pytanie. Nie wiem co odpowiedzieć, ale myślę, że jeżeli kochamy to co robimy, to można wszystko pokonać. W ostatnich latach pracy bardzo męczyła mnie dokumentacja, nad którą spędzałam dużo czasu. Jeżeli coś w niej było pominięte przez nadmiar obowiązków, to od razu były niestosowne uwagi. Izunia, jeżeli jest dobra organizacja pracy i personel zgrany to powiem tak: praca jest przyjemnością.

- Czy uważasz, że wasz zawód nie jest doceniany?

- Tak, uważam, że zawód pielęgniarki i położnej nigdy nie był doceniany i tak jest do dzisiaj. Nie jest doceniany przez przełożonych i przez pacjentów. Szczególnie w ostatnich latach pracy to odczułam. Nie chodzi tylko o stronę finansową, bo to drażliwy temat. Za te wszystkie lata ciężkiej fizycznie i psychicznie pracy wypracowałam sobie emeryturę, która nie zabezpiecza mi życia w żaden sposób. Ale powiem też o tym, jak ciągle pielęgniarki są krytykowane przez przełożonych i przez pacjentów. Jak słyszałam, że „one tylko siedzą i kawę piją”, to tylko usiąść i płakać. Wszystko się należy, „przecież płacimy składki, niech robią,  przecież im za to płacą”... Ale byli i tacy, którzy chcieli po rękach całować za nasz trud. Właśnie dla nich chciało się znowu pracować i to mnie uskrzydlało.

- Nadal pracujesz – teraz w hospicjum, pomagasz chorym terminalnym. Czym jest dla ciebie ta praca?

- Pracuję w Hospicjum Domowym Lider- Med, które działa na terenie powiatu międzyrzeckiego. W Hospicjum Domowym zajmujemy się leczeniem objawowym w domu pacjenta i stanowimy wsparcie dla niego i jego rodziny. Pod naszą opieką są pacjenci onkologiczni. Zachęcam do korzystania z naszej pomocy (lekarz, pielęgniarka, psycholog). Proszę się nie bać, Hospicjum to nie  koniec życia. Pod naszą opieką życie może mieć lepszą jakość. Informację na temat zgłoszeń pod naszą opiekę można uzyskać od lekarza rodzinnego lub lekarza specjalisty.

Pracę w Hospicjum Domowym rozpoczęłam w 2006 roku. Działało przy naszym szpitalu, jednak po wielu latach rozpadło się z powodu braku lekarzy. Obecnie pracuję w Hospicjum LIDER- MED, które swoją działalność rozpoczęło w 2017 roku. Praca jest inna niż w szpitalu, tutaj wchodzę do domu pacjenta zmagającego się z chorobą nowotworową, z którą nie tylko pacjent się zmaga, ale i cała rodzina. Pielęgniarka spełnia ogromną rolę, jest 2 razy w tygodniu w domu chorego i całodobowo pod telefonem. Chory i rodzina mogą zawsze liczyć na naszą pomoc. Ta praca jest dla mnie ogromnym wyzwaniem, zawsze razem z lekarzem robimy wszystko,  aby chory nie cierpiał. Kiedy przychodzę na kolejną wizytę i widzę chorego uśmiechniętego, to wielka jest radość w moim sercu. Cieszę się za każdym razem, kiedy wnoszę do takiego domu ulgę w cierpieniu. I to jest takie piękne, że nawet sobie nie wyobrażasz.

- Jeżeli jesteś optymistką, to co w tym pandemicznym klimacie podtrzymuje twój optymizm?

- Ciężko powiedzieć, co mnie podtrzymuje na duchu. Mam chwilę słabości, ale zaraz mówię sobie -  trzeba z tym żyć, biorę maskę na twarz i do przodu. Ludzie czekają, jadę do nich, bo mnie potrzebują. Przecież w tym czasie tak trudno o pomoc. Boję się, żeby się nie zarazić, ale wiem, że rodziny moich pacjentów dbają o bezpieczeństwo swojego bliskiego, dla którego ta choroba jest bardzo niebezpieczna. Przestrzegam wszystkich środków ostrożności i wierzę, że Pan Bóg nade mną czuwa.

- I czego ci życzyć nie tylko z okazji święta?

- Czego mi życzyć? Proszę o zdrowie, żebym mogła jeszcze trochę wykonywać swój ukochany zawód i nieść ulgę w cierpieniu na miarę moich możliwości. Wiele już nie chcę, ale  marzę, żeby minął ten zły czas, żebym mogła spokojnie spotkać się tobą Izunia i Michałem oraz znajomymi i przyjaciółmi. Wypić kawę i zjeść smaczną rybkę - bezpiecznie, bez maseczki. Chciałabym jeszcze pojechać w moje ukochane TATRY.

 

 - Kochana, trzeba marzyć i spełniać marzenia, bo życie marzeń jest puste. Dziękuję. Ta nasza bardzo emocjonalna rozmowa niech pomoże optymistycznie patrzeć w przyszłość.

 

Z okazji tego pięknego Dnia dziękuję wszystkim pielęgniarkom i położnym za ofiarną pracę

i niesienie pomocy tym, którzy jej najbardziej potrzebują. Życzę wam zdrowia i sił, życzliwych pracodawców i pacjentów. Tak bardzo was potrzebujemy i tak często nie potrafimy docenić waszego trudu. Ja doceniam i zawsze o was myślę serdecznie.

 

Izabela Stopyra

 



 

 

 Szczepienia w Kolmedzie na szóstkę

 

    Od wielu miesięcy Polska i właściwie cały świat żyje walką z covidem, a jedynym sposobem zabezpieczenia się przed tą groźną chorobą są szczepienia. Od chwili, kiedy ruszył Narodowy Program Szczepień, jesteśmy jeszcze bardziej podzieleni i skłóceni. O szczepionkach i ich działaniach ubocznych zasypują nas ze wszystkich stron różni informatorzy. Siedzimy więc i myślimy - szczepić się czy nie. W końcu, gdy wydaje nam się, że podjęliśmy decyzję na tak, mętlik w naszych głowach powstaje kolejny, a dotyczy wyboru szczepionki. Nasz spokój na chwilę ulatuje, by jednak podjąć tę ostateczną decyzję. Szczepimy się! Jeśli wydawało nam się, że to koniec problemu, to jesteśmy w błędzie. Środki masowego przekazu informują nas, że w punktach szczepień nie ma szczepionek i że być może będziemy musieli przemierzyć pół świata, aby zostać zaszczepionym. Co czujemy? Strach, niepewność, złość i bezsilność.

A tymczasem, gdy inni stoją w gigantycznych kolejkach, przemierzają kilometry, znajdują punkty szczepień w okolicznych wioskach ... w Międzyrzeczu na ulicy Chopina w przychodni lekarza rodzinnego KOLMED, szczepienia odbywają się w ciszy, bez tłoku i z uśmiechem. Po raz kolejny upewniłam się, że postąpiłam słusznie wybierając tę przychodnię i tego lekarza. W dniu, w którym ruszyły zapisy na szczepienia mojego rocznika (muszę podkreślić, że deklarowałam chęć zaszczepienia w systemie internetowym w nocy, kiedy można było to zrobić), dostałam informację o terminie. Następnego dnia o wyznaczonej godzinie przyjechałam do Kolmedu. Bez żadnych kolejek, żadnej nerwówki, z uśmiechem na twarzy pani pielęgniarka przeprowadziła ze mną wywiad i dokonała pomiarów ciśnienia, temperatury i tętna. W przychodni oprócz mnie było dwóch panów - jeden był w gabinecie lekarskim, drugi w pokoju pielęgniarki. Patrzyłam z jakim spokojem toczy się tutaj ta covidowsko- szczepionkowa rzeczywistość i ogarnęło mnie poczucie bezpieczeństwa. Do gabinetu zaprosił mnie dr Maciej Rybacki, który nie tylko zbadał, ale i odpowiedział na wszystkie pytania. Stamtąd przeszłam do zabiegowego, w którym podano mi szczepionkę. Po 15 minutach wyszłam i wróciłam do normalnego życia. Nie miałam żadnych (oprócz minimalnego bólu ręki) skutków ubocznych. Jakiś czas po mnie został zaszczepiony mój mąż - też bez kolejek, nerwówki i skutków ubocznych.

Od tamtego czasu minęło parę tygodni, żyję, mam się dobrze i cieszę się, że mogłam zobaczyć miejsce, w którym wszystko dało się zorganizować na szóstkę!

 

Całemu zespołowi Kolmedu – pielęgniarkom i dr Rybackiemu należą się podziękowania za organizację i życzliwość wobec pacjentów.

 

  Mariola Solecka

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

 

ANITA Z BRÓJEC - DUMNA MAMA

 

Anita, z domu Pihan, po mężu także Pihan (rzadko się tak zdarza) ma cztery córki.  Jest z nich bardzo dumna.

Często słyszymy, że dzieci są takie jak ich rodzice, albo całkiem inne. Anita wciąż próbuje poukładać sobie w głowie te psychologiczne uwarunkowania. Na przykładzie swoich córek wie, że jest w tym pewna logika - albo chcą iść śladem rodziców, albo wybierają zupełnie inne ścieżki. Anita nigdy nie narzuca córkom swojego zdania, nie wybiera szkoły. Pozwala dokonywać własnych wyborów. Kiedy uważa, że wybór jest zły, delikatnie sugeruje, że można inaczej. Najstarsza jest Weronika. Sześć lat temu skończyła technikum w zawodzie hotelarstwo i turystyka. Planowała studia, ale gdy w czasie wakacji poszła do pracy do McDonald’s, spodobało jej się i została. Szybko awansowała. Obecnie pracuje jako manager. Druga z kolei, Basia, studiuje optometrię na Uniwersytecie Medycznym im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu. Już jako uczennica podstawówki, potem liceum, stawiała sobie wysoko poprzeczkę. Zawsze była najlepszą uczennicą. Obecnie jest członkiem Studenckiego Koła Naukowego, w którym aktywnie działa. Z okazji Światowego Dnia Grzeczności za Kierownicą przygotowała z koleżanką szereg informacji dotyczących wzroku kierowców, żeby bezpiecznie prowadzić i nie popełniać błędów za kierownicą. Informacje zamieściły w mediach społecznościowych. Trzecia, Zosia, jest uczennicą Zespołu Szkół Centrum Kształcenia Rolniczego im. Zesłańców Sybiru w Bobowicku. Anita również skończyła tę szkołę. Zosia chce zostać technikiem żywienia. Najmłodsza jest Hania, oczko w głowie rodziców. Urodziła się w szóstym miesiącu ciąży. Obecnie jest w drugiej klasie szkoły podstawowej i radzi sobie znakomicie. Uwielbia matematykę. Basia i Zosia w szkole podstawowej brały udział w konkursach piosenki i recytatorskich. Zdobywały nagrody i reprezentowały szkołę na zewnątrz. Mama woziła je na przeglądy, bo wielką radością dla każdej mamy jest oglądanie swojego dziecka na scenie. Anita najmilej wspomina czas, kiedy dziewczyny chodziły do przedszkola, a szczególnie uroczystości z okazji Dnia Matki. Bardzo się wzruszała, kiedy słyszała wiersze i piosenki o mamie, a na koniec otrzymywała prezent i słyszała „kocham cię mamusiu”.

Jak to w życiu bywa, nie zawsze jest kolorowo. Mimo wielu przeciwności losu Anita nigdy nie narzeka. Jest łagodnego i wesołego usposobienia. Taką ma naturę i jak twierdzi, dostała to w genach po rodzicach, bardziej po ojcu. Uważa, że z uśmiechem łatwiej się żyje. Do wszystkiego podchodzi z optymizmem, pogodą ducha, bo wtedy wszystko staje się łatwiejsze, prostsze. W życiu doświadczyła wiele cierpienia. Kiedy była w szkole średniej, zginął w wypadku jej brat. Mama zmarła w wieku 57 lat. Pięć lat temu ojciec umarł na jej rękach. Wie, że życie jest nieprzewidywalne i dlatego nie bacząc na opinie innych osób pozwala iść swoim córkom wybraną przez nie drogą. Często słyszy od koleżanek, dlaczego nie zmusiłaś tej czy tamtej córki do tego czy tamtego. Uważa, że życie to nie żaden konkurs ani wyścig. Każdy z nas jest inny i to właśnie ta różnorodność sprawia, że nasz świat jest taki piękny. Kocha swoje córki za to, że po prostu są. Nigdy nie porównuje ich z innymi dziećmi. Zawsze, kiedy widzi ten „wyścig szczurów” i obserwuje chore ambicje rodziców, aby ich dziecko było najlepsze w każdej dziedzinie, mówi: „kochani rodzice, bądźcie dumni ze swoich dzieci takich, jakimi są”. Należy się cieszyć z każdego dnia. Dziewczyny bardzo kochają swoją mamę. Na Dzień Matki otrzymuje masę prezentów. Kupują je z kieszonkowego. Lubią się wzajemnie obdarowywać prezentami. Anita już w lipcu zaczyna kupować prezenty pod choinkę. Lubi spełniać oczekiwania swoich córek. Uważnie słucha, jakie marzenia mają i w miarę możliwości je realizuje. Prezenty przechowuje u koleżanki, a przed świętami pakuje je przez kilka wieczorów i po kryjomu przywozi do domu. Mąż podziwia jej zaradność. Anita uwielbia wszystkich zaskakiwać i patrzeć jak się cieszą. Pomaga też bezinteresownie. Odpowiada na każdą akcję, która jest organizowana na wsi. Piecze placki na festyny. Bierze udział w akcjach charytatywnych. Jej ptysie i ciasto drożdżowe mieszkańcy Brójec rozpoznają bezbłędnie. Najmłodsza Hania mówi, że mama jest jak pershing, trudno za nią nadążyć. Potrafi równocześnie wykonywać kilka czynności: sprząta, gotuje, piecze, pije kawę, a za chwilę już jej nie ma, bo jedzie do pracy. Jak w każdej rodzinie, zdarzają się też gorsze dni, ale razem pokonują trudności. Jednak najmniejszy problem jest jej zmartwieniem, a każdy sukces radością i dumą. To ona zawsze daje sobie radę z rozwiązywaniem najtrudniejszych zadań. Najważniejsze, że dziewczyny zawsze mogę liczyć na pomoc i wsparcie  mamy. Bo któż lepiej wie co dla nich dobre? TYLKO MAMA.

 

Halina Pilipczuk

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ZOFIA MICHALIK – MATKA OLIMPIJCZYKÓW

 „Wielkich czynów często dokonuje się pośród drobnych życiowych zmagań” ( V. Hugo)

Ta myśl wielkiego francuskiego pisarza jest odbiciem codzienności Zofii Michalik, mieszkanki Jasieńca koło Trzciela. Codzienności, ale niezwykłej, bo trudnej i bardzo pracowitej. Zofia Michalik wychowała dziewięcioro dzieci, dzisiaj już dorosłych i usamodzielnionych. I to już jest niezwykłe, ale przed laty było to szczególnie wyjątkowe. Były to bowiem czasy trudne dla zapracowanych matek. Brakowało wszystkiego, nie było współczesnych urządzeń ułatwiających życie kobietom. Zmywarki, automaty pralnicze, mopy, zamrażarki czy nowoczesne kuchenki gazowe to współczesność. Zofia Michalik nie mogła z nich korzystać wtedy, gdy dzieci były maluchami. Aż trudno sobie wyobrazić, jak wiele wysiłku i trudu włożyła w prawidłowe funkcjonowanie rodziny. Była przecież liczna gromadka dzieci, duży dom i jeszcze praca w polu oraz w ogrodzie. I temu wszystkiemu podołała pani Zofia. Zapewne znalazł się jeszcze czas na jakieś drobne przyjemności. To są wielkie czyny skromnej, pracowitej i uczynnej kobiety, która obecnie cieszy się z efektów swojej pracy. Mężowskiej również. Wszystkie dzieci zdobyły zawody, założyły rodziny, utrzymują serdeczne rodzinne więzi, często spotykają się, mimo że Jasieniec już nie dla wszystkich jest miejscem stałego zamieszkania. Sebastian, Karolina i Marzena mieszkają w Szczecinie, Wojciech z rodziną ulokował się w Skwierzynie, Tadeusz związany jest z Poznaniem i Wrocławiem, Karol mieszka w Brójcach. Monika i Tomasz pozostali w Jasieńcu. Jedynie Paweł od lat mieszka w Irlandii. Rodzinny dom i jego okolica są jednak dla nich miejscem szczególnym, wracają tam nie tylko we wspomnieniach. Rodzeństwo buduje w Jasieńcu swoje domy, mniejsze lub większe, na późniejsze zamieszkanie lub na czasowe, wypoczynkowe pobyty.

 

Tworzy się w Jasieńcu prawdziwa osada - Michalikowo. To Zofia i Marian Michalikowie dali dzieciom tak potężną warstwę umiłowania rodziny oraz miejsca ich dzieciństwa. A nie było ono ani łatwe, ani sielskie. Była jednak rodzicielska miłość, chociaż często ukryta w codziennej, niezwykle pracowitej rzeczywistości. Pracowitość była zresztą jej koniecznością, bez niej nie mogliby funkcjonować. Dzieci miały swoje obowiązki, jak wspomina pani Zofia, bo w gospodarstwie pracy było bardzo dużo. Dzięki pracowitości i wpojonym w dzieciństwie zasadom świetnie poradzili sobie w dorosłym życiu. Uzupełniali wykształcenie, zdobywali nowe umiejętności. Monika, Karolina i Marzena ukończyły studia. Męska część rodzeństwa ma różne zatrudnienie. Wszystkie dziewczyny oraz Sebastian i Tadeusz zawodowo spełniają się w wojsku. Stanowią całkiem liczną ekipę, bo pięcioosobową. Dzieci Zofii i jej męża Mariana są ich dumą i nagrodą za wcześniejsze lata pełne wyrzeczeń, wszelkich trudów i kłopotów. A one odwdzięczają się im swoją miłością, przywiązaniem i sukcesami sportowymi lub zawodowymi. Te sportowe są wyjątkowe i nadzwyczajne.

 

W rodzinie Michalików zawsze zapasy były tą szczególną dziedziną sportu. Prawie wszyscy, z mniejszymi lub większymi sukcesami, je uprawiali. Tylko Karol, najmłodszy z rodzeństwa, nie jest zapaśnikiem, bo o tym zadecydowały jego sprawy zdrowotne. Natomiast ósemka zaliczyła krótsze lub dłuższe zapaśnicze staże w trzcielskim klubie „Orlęta”. Monika, Marzena i Tadeusz mają w zapasach największe osiągnięcia. Swoje umiejętności doskonalili także w innych klubach i walczyli na matach w różnych mistrzostwach rangi krajowej a także międzynarodowej. Zdobywali medale, tytuły i sławę. A rodzice im kibicowali, cieszyli się sukcesami i pocieszali wówczas, gdy nie było podium. Zofia Michalik to nadzwyczajna matka zapaśników, bo czy jest gdzieś na świecie rodzicielka tylu sportowców walczących na zapaśniczych matach? Jest również matką olimpijczyków. Monika, uczestniczka trzech olimpiad, jest brązową medalistką z Rio. Ma na swoim koncie liczne medale z mistrzostw świata i Europy, a krajowe trudno byłoby policzyć. Jej walki dały rodzicom wiele radości i satysfakcji. Aktualnie czynnym zawodnikiem jest Tadeusz, zapaśnik z poznańskiego klubu „Sobieski”. Na swoim koncie ma już sporo sukcesów zapaśniczych. Zdobył również kwalifikację olimpijską i jest w polskiej ekipie na igrzyska w Tokio. Mama ma więc jeszcze jeden powód do radości i przeżywania olimpijskich emocji. A tych dostarczają jej także zwykłe, codzienne sprawy dzieci i wnuków. Rodzina bowiem systematycznie powiększa się, rośnie nowe pokolenie. Zofia i Marian mają 12 wnuków, 7 chłopców i 5 dziewczynek. Tradycje rodzinne zostały utrwalone, bo rodzaj męski jest liczniejszy. I jest to radość, trwałość rodu, jego przyszłość, bo jak twierdził J. I. Kraszewski – „Nie ma słodszych i silniejszych węzłów nad węzły miłości rodzinnej”. Zofia Michalik i jej dzieci dobrze o tym wiedzą. Ta skromna, cicha matka dziewięciorga dzieci mówi dzisiaj- „daliśmy radę, wychowaliśmy zdrowe, pracowite i uczciwe dzieci”. A trzeba jeszcze dodać, że ambitne i wytrwałe nie tylko w swoich sportowych dążeniach. I pamiętają – „o naszej Mamie, po prostu o naszej Mamie, jedynej i wspaniałej, najlepszej na świecie.”

 

                                                                           Jadwiga Szylar

 

 

 

 

 

 

 

KAZIMIERZ GÓRSKI (02.03.1921 – 23.05.2006)

- wspomnienie z wizyty w Skwierzynie

 

Mija 15 rocznica śmierci Kazimierza Górskiego – najwybitniejszego trenera w historii polskiej piłki nożnej, zwanego Trenerem Tysiąclecia. Do dzisiaj nie pojawił się nikt podobny, który uczyniłby tak wiele dla popularyzacji futbolu w Polsce i rozsławił nasz kraj na świecie. Kazimierz Górski, dzięki pracy własnej i pracy reprezentacji, gromadził rok po roku szacunek świata sportowego. Jednak aby osiągnąć sukcesy takiej miary, trzeba mieć wyjątkową osobowość, moralność, zasady i finezję w wytyczaniu celu i przewodzeniu innym.

Kazimierz Górski urodził się we Lwowie. Przed wojną był piłkarzem RKS Lwów, Spartak Lwów, Dynamo Lwów. W 1944r. zgłosił się na ochotnika do wojska. Z frontem dotarł do Warszawy, w której pozostał na zawsze. W latach 1945 – 1953 grał w Legii Warszawa. W roku 19848 grał w reprezentacji narodowej w meczu z Danią. Od 1954r. rozpoczął długą drogę szkoleniowca począwszy od Marymontu Warszawa, poprzez reprezentację juniorów, drużynę Lublinianki, Legię Warszawa, zespół ekstraklasy Gwardia Warszawa, po debiut w roli selekcjonera reprezentacji w roku 1971. I tu zaczyna się złoty okres polskiej piłki. Rok 1972 przynosi złoty medal olimpijski w Monachium i awans na mistrzostwa świata, które odbywały się w 1974r .w Republice Federalnej Niemiec. Na tych mistrzostwach reprezentacja sięgnęła po brązowy medal. W 1975r. wygrała wspaniały mecz w Chorzowie, pokonując Holendrów- ówczesnych wicemistrzów świata. Koniec pracy z kadrą narodową wieńczy srebrem na igrzyskach olimpijskich w Montrealu -1976r. Dorobek imponujący, gdyż Kazimierz Górski prowadził biało-czerwoną drużynę przez 5 lat. Przez kolejne 8 lat (1977-1985) Kazimierz Górski szkolił greckich piłkarzy, z którymi odnosił znaczące sukcesy i jednocześnie studiował na Akademii Wychowania Fizycznego we Wrocławiu. Studia ukończył w 1980r. Od 1986r. został powołany w skład kierownictwa Polskiego Związku Piłki Nożnej, by wkrótce zostać wiceprezesem i później jego prezesem (1991 – 1995). Prezesura Kazimierza Górskiego to kolejne znakomite lata rozkwitu futbolu w Polsce. Słynny prezes skupił się na promowaniu tego sportu, a ogromna sympatia i powszechny szacunek przyciągały do niego młodych piłkarzy oraz mobilizowały władze lokalne do działania. Każdy chciał zobaczyć legendarnego trenera, porozmawiać, zrobić wspólne zdjęcie i zdobyć autograf. Otwartość i serdeczność szefa PZPN były magnesem dla kibiców, którzy tłumnie zapełniali trybuny stadionów i hal sportowych, aby zobaczyć i posłuchać mistrza. Kazimierz Górski niezmordowanie przemierzał Polskę i był wszędzie tam, gdzie tylko rzecz szła o piłkę. Tym sposobem trafił 13 lutego 1994r. do Ośrodka Sportu i Rekreacji w Skwierzynie, aby odwiedzić zimowe zgrupowanie kadry Gorzowskiego Okręgu Związku Piłki Nożnej. W przeddzień był gościem na XV Halowym Turnieju Mistrzostw Polski w Piłce Nożnej Kobiet, który odbywał się w Gorzowie Wlkp.

Jerzy Kuźmicz, ówczesny kierownik Ośrodka Sportu i Rekreacji w Skwierzynie, tak wspomina historyczne dla skwierzyńskiego sportu wydarzenie: „Wszyscy byliśmy podekscytowani faktem, że odwiedzi nas szef PZPN i legendarny trener kadry narodowej. W pokojach hotelowych OSiR zakwaterowani byli zawodnicy Gorzowskiego Okręgu Związku Piłki Nożnej. Trenowali i przygotowywali się do zawodów makroregionalnych o puchar pamięci Wacława Kuchara. Od rana 13.02. 1994 w hali sportowej Jednostki Wojskowej 2211 w Skwierzynie rozgrywany był turniej rocznika 1980 po lipcu. Przyjazdu Kazimierza Górskiego spodziewaliśmy się ok. godz. 17.00”.

- Panie Jurku, czy pamięta pan jakie drużyny brały udział w turnieju, kto wygrał?

- Turniej wygrała kadra Gorzowskiego Okręgu Związku Piłki Nożnej, II miejsce zajął „Stilon I” Gorzów, III - „Pogoń” Skwierzyna, IV lokatę zajął „Stilon II” Gorzów Wlkp., V - „Arabeska” Pławno, na VI miejscu uplasowali się „Zjednoczeni” Przytoczna.

 

- Pogoń Skwierzyna na trzeciej lokacie - nieźle... a kto wówczas grał w zespole?

- Pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj. W Pogoni grali: Jarosław Wichrowski (bramkarz), Sebastian Jaroszyk, Patryk Łagoda, Tomasz Szwarc, Mirosław Żyromski, Krzysztof Płotnicki, Maciej Mikuczewski, Łukasz Płotnicki, Wojciech Kurzawski, Przemysław Łagoda, Paweł Krauze, Andrzej Maksymiuk. Trenował drużynę Jarosław Frączek.

 

- Puchar pamięci Wacława Kuchara. Kim był Wacław Kuchar?

- Wacław Kuchar – zmarły w 1981r. - był jednym z najwybitniejszych  polskich sportowców okresu międzywojennego. Reprezentował Polskę w czterech dyscyplinach: piłce nożnej, hokeju, lekkiej atletyce i łyżwiarstwie szybkim. Wielokrotny rekordzista kraju, olimpijczyk. Sportowiec legenda.

 

- Jak przebiegało spotkanie z Kazimierzem Górskim w Skwierzynie?

- Spotkanie przygotowaliśmy w kawiarni OSiR -u. Oprawa była skromna, ale bardzo ciepła i serdeczna. Kazimierz Górski przyjechał ok. 17.00 - zgodnie z planem - w asyście ówczesnego dyrektora Wydziału Kultury Sportu i Turystyki Urzędu Wojewódzkiego w Gorzowie Wlkp.- Janusza Dreczki i prezesa Gorzowskiego Okręgu Związku Piłki Nożnej- Marka Pośpiesznego, trenera ZSK Stilon- Eugeniusza Różańskiego. Gości przyjmował dyrektor OSiR -u Ryszard Wilczyński i trener Stanisław Adamski (na zdjęciu). W spotkaniu uczestniczyli zawodnicy turnieju oraz kibice. Kazimierz Górski wręczył zawodnikom pamiątkowe dyplomy, podzielił się swoimi wrażeniami, odpowiadał na pytania i dał kilka recept, jak zostać dobrym piłkarzem. Powiedział młodym zawodnikom znamienne zdanie: „praca, praca i tylko praca może z was zrobić mistrza”. Myśl ta, którą rozwinął na wszystkie inne sfery życia, zrobiła na nas wrażenie. Wszak mówił to mistrz, osoba znacząca, o wielkim autorytecie. Na zakończenie spotkania Kazimierz Górski rozdawał autografy i pozował do wspólnych zdjęć, które wówczas robiłem moim skromnym aparatem. Zachowałem te zdjęcia i dzisiaj mam przyjemność zaprezentować je czytelnikom „Powiatowej”.

 

Miło mieć świadomość, że Skwierzyna miała szczęście gościć tak wielkiego człowieka. Zapewne wielu zawodników i sympatyków piłki zapamiętało ten dzień i posiada pamiątki ze spotkania. Dziękuję panie Jurku za wspomnienie i  udostępnienie zdjęć z historycznej wizyty.

*********

Kazimierz Górski po odejściu z funkcji szefa związku (1995) zostaje dozgonnie jego honorowym prezesem. W 1996r. Prezydent RP Aleksander Kwaśniewski odznaczył trenera Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, który odbierając odznaczenie  powiedział: „Cóż wart jest generał bez armii. Bez armii, bez tych wspaniałych piłkarzy mnie by tu nie było” – (Przegląd Sportowy 24.05.2006).  Międzynarodowa Federacja Piłkarska w 2001r. udekorowała go wyjątkowym w skali świata odznaczeniem - Złotym Medalem Zasługi FIFA. Wcześniej takie odznaczenie otrzymało zaledwie 40 osób: koronowane głowy, politycy, sławni piłkarze. Podczas ceremoniału dekoracji obecni byli m.in. Michael Platini, Johann Cruyff, Franz Beckenbauer, Hugo Sanchez, Zbigniew Boniek, Grzegorz Lato. W 2003r. jako pierwszy przedstawiciel futbolu otrzymał tytuł doktora honoris causa Akademii Wychowania Fizycznego i Sportu w Gdańsku. Na krótko przed odejściem, gdy był już bardzo chory Prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył go Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Wówczas wzruszony także podkreślał udział i znaczenie wielu osób w sukcesach: „Jest to także wyróżnienie dla całej polskiej piłki: dla piłkarzy, sędziów, trenerów, działaczy i PZPN” (Przegląd Sportowy 24.05.2006).

Zmarł w warszawskim szpitalu po ciężkiej i długiej chorobie. Pośmiertnie odznaczony przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski. Wartę honorową  przy trumnie pełnili jego wychowankowie - medaliści mistrzostw świata i igrzysk olimpijskich: Lesław Ćmikiewicz, Jan Tomaszewski, Grzegorz Lato, Henryk Kasperczak, Włodzimierz Lubański i Władysław Żmuda. Spoczywa w Alei Zasłużonych Cmentarza Wojskowego na Powązkach.

 

*********

Postać Kazimierza Górskiego fascynuje nie tylko sportowców. Został on uwieczniony w licznych publikacjach. Do dzisiaj zbieramy okruchy z jego życia. Nawet w maleńkiej Skwierzynie takie okruszki znaleźliśmy. Wszystkie składają się na spójny i piękny portret trenera wszech czasów. Mirosław Wlekły- autor grubej książki o legendarnym trenerze pt: „Górski. Wygramy my albo oni”, rozpoczyna ją dwoma cytatami: „Wszystko co wiem na pewno o moralności i powinności człowieka, zawdzięczam futbolowi” (Albert Camus), drugim z francuskiej gazety sportowej „L` Equipe”: „Górski nie żąda ścisłego trzymania się wypracowanych schematów. Chce, aby walka była dla piłkarzy radością, a więc daje im pole dla twórczej improwizacji. Skoro poetów nauczy się liczyć, nic dziwnego, że stają się krezusami”. Oba cytaty oddają wielkość Kazimierza Górskiego; „bo to niby słowa o piłce nożnej, ale z drugiej strony o człowieczeństwie. Kazimierz Górski był człowiekiem o nienagannej, niezwykłej moralności; dla niego liczyło się dobro. Nie kombinował, nie dążył do sukcesu po trupach. Stawiał przede wszystkim na ciężką pracę, potrafił znaleźć znakomite metody do działania z innymi trenerami i piłkarzami”- (Tomasz Zimoch, Angora 14.03.2021).

Tekst - Ewa Zdrowowicz – Kulik

Zdjęcia z archiwum domowego Jerzego Kuźmicza

   

Jak to dawniej nad Głębokim bywało

 

Zanim zacznę pisać moje wspomnienia o dziejach Głębokiego w dawnych czasach, chciałbym parę słów poruszyć o „uciekającej” wodzie z naszego jeziora. W zeszłym roku w naszym muzeum odbyło się spotkanie naukowe z rekomendacji posła Jacka Kurzępy. Uczestniczyli w nim przedstawiciele Wód Polskich, Lasów Państwowych, samorządowcy gminni i powiatowi oraz moja skromna osoba. Omawiane naukowo i nie tylko problemy ubytku wody z jeziora były arcyciekawe. Nie będę tego szczegółowo opisywał, ponieważ jest wiele dostępnych źródeł na ten temat. Chciałbym poruszyć dwie propozycje, które były omawiane na tym spotkaniu. Pierwsza to odbudowa jazów na rzece Obrze, co dałoby podniesienie wód gruntowych o około 1,5 metra. Jest to kwestia 10,15 lat, co wg mnie i nie tylko - jeziora już nie będzie. Druga propozycja to pomysł radnego Edwarda Toczyńskiego, aby połączyć rurociągiem rzekę Obrę i tłoczyć wodę do jeziora Głębokiego, w odcinku, gdzie są najbliżej siebie. Ten pomysł na tę chwilę jest najbardziej realny i najmniej kosztowny. Na pewno wielu będzie za i wielu będzie przeciw mając swoje argumenty. Temat trzeba załatwić tu i teraz, tzn. w ciągu 2 do 3 lat, a nie lat 15, bo czasami w polskiej mentalności tak jest, że jak wszystkie strony po jakimś czasie dojdą do porozumienia, to jest za późno, bo sprawa się sama rozwiąże lub zniknie. Tak będzie z jeziorem Głębokie - sprawa się sama rozwiąże, bo woda zniknie.

Nie pamiętam dokładnie ile miałem lat, jak byłem pierwszy raz nad jeziorem Głębokie, ale na pewno jeździłem z moim ojcem. Pierwszy raz pojechałem rowerem z kolegami po ukończeniu 3 klasy szkoły podstawowej. Bardzo lubiłem się pluskać w wodzie. Pływać nauczyłem się sam właśnie na Głębokim. Do końca lat 60. były dwa drewniane pomosty. Ucząc się pływać, oczywiście na początku pieskiem, starałem się dopłynąć do drabinki przy pomoście, gdzie gruntu pod nogami już nie miałem. Wiele razy napiłem się wody, dwa razy się topiłem, bo nie mogłem dopłynąć do drabinki. W końcu po około dwóch latach nauczyłem się pływać, bo przepłynąłem żabką od pomostu do pomostu  na głębokości, której nie mogłem dna dotknąć stopami. Cały teren miejskiej plaży był ogrodzony siatką i za wejście płaciło się od osoby. Jak jechałem rowerem, to musiałem kupić wejściówkę, ale jak nie miało się pieniędzy, to szło się 6 km pieszo i przeskakiwało przez płot. Każdy ze sobą miał coś do picia i jedzenia. Do końca lat 60. był słabo zaopatrzony sklepik pod strzechą. W szóstej klasie kilka dni byłem z kolegą pod namiotem, który rozbiliśmy w miejscu obecnego kortu tenisowego. W tamtych czasach nie było pola namiotowego, a namiot rozbijało się wg swojego uznania, ale opłaty za pobyt należało płacić. Jeszcze kilka razy w późniejszych czasach byłem pod namiotem nad tym jeziorem.

Początek lat 70., tzw. czasy gierkowskie - uczęszczałem wtedy do średniej szkoły. Trzy rzeczy zostały w ciągu paru lat wykonane. Wybudowano betonowe pomosty i restaurację Leśną potocznie zwaną Akwarium. W krótkim czasie powstało prawdziwe pole namiotowe z zapleczem sanitarnym oraz wybudowano sklep. W połowie lat 70. przy wjeździe na ośrodek wybudowano wielki hotel. Jak grzyby po deszczu powstawały nowoczesne jak na tamte czasy domki kempingowe w większości budowane przez międzyrzeckie zakłady i podmioty państwowe, tzw. budżetówki. Od połowy lat 70. Głębokie tętniło życiem przez okrągłą dobę. Zawsze było kilka obozów studenckich uczelni z całej Polski, z reguły były to obozy sportowe. Swoje obozowiska mieli harcerze. Cyklicznie na patelni odbywały się dyskoteki, ale tylko do 23,00 (takie to były czasy). W Leśnej za to odbywały się co sobotę dancingi lub zabawy (nazwa do wyboru) z zespołem muzycznym na żywo. Zabawa trwała do białego rana. W sobotnią noc nikt nie spał, bo wszyscy się bawili, jak nie na dyskotece to na dancingu w Leśnej, lub przy domkach kempingowych umilając sobie czas śpiewami przy ognisku. Chciałbym tutaj zaznaczyć, że wtedy nie było w domkach telewizorów, a tylko w niektórych było radio. Na terenie miejskim w latach 70. dla ogółu wypoczywających był tylko jeden telewizor „Pod strzechą” i to czarno- biały. Pamiętam rok 1973, niedziela, mistrzostwa świata na żużlu. Pod strzechą i wokół niej było mnóstwo ludzi i ja też tam byłem, ekranu nie widziałem, lecz dobrze słyszałem. Ostatni dodatkowy wyścig wygrywa nasz reprezentant Jerzy Szczakiel z Ivanem Maugerem i zdobywa mistrzostwo świata. W tym dniu w całym ośrodku o niczym innym się nie mówiło.

W drugiej połowie lat 70. odbywałem służbę wojskową, w której nie miałem tak źle. Jeszcze obecnie uważam, że każdy mężczyzna powinien obowiązkowo taką szkołę życia przejść, może na innych zasadach, np. pełnopłatną, bo za dużo w tej chwili rośnie nam maminych synków, co nie radzą sobie w najprostszych sytuacjach życiowych. Dlatego nie dziwota, że kobiety biorą stery w swoje ręce, bo nie mogą liczyć na swoich partnerów.

Nastał rok 1980, zmiany polityczne u najwyższych władz, niepokoje społeczne i kartki na żywność. W tym czasie chodziłem na naukę tańca do Domu Kultury, które prowadził Grzegorz Depta, wybitny tancerz. Naszej grupie zaproponowano wykonanie widowiska słowno- muzycznego na noc św. Jana, czyli tzw. Noc Kupały. Pod koniec czerwca, gdy było już całkiem ciemno, nad brzegiem jeziora i w wodzie, odbyło się to profesjonalne widowisko, gdzie grałem jedną z głównych ról. Pamiętam z tego tyle, że było bardzo dużo ludzi, a oklaskom nie było końca.

W maju roku 1980 z kolegą wpadliśmy na pomysł, aby w okresie letnim prowadzić dyskoteki. Szukając po wielu bliskich miejscowościach ostatecznie zgodę na prowadzenie dyskoteki uzyskaliśmy w Ośrodku Wypoczynkowym ARCHMEDES. Jako sprzęt w tym roku służyła nam domowa wieża o mocy 50Wat, muzyka była puszczana z kaset lub płyt winylowych.  W tym też roku nie było dyskotek na patelni, były zabawy w Leśnej i to nie w każdą sobotę. Z tego powodu nasza dyskoteka robiła furorę. Graliśmy 2 – 3 razy w tygodniu w godzinach 19-23,30. Ludzi było mnóstwo, nie można było włożyć tzw. szpilki. Nie było żadnego baru, a gdy ktoś spragniony, to była zimna woda z kranu w ubikacji i nikt z tego powodu nie narzekał (a teraz młodzi mają jakieś wymagania, a i tak nikt się nie bawi). Po dyskotece życie towarzyskie trwało do rana w mniejszych grupach wokół kampingów. Prawie przez cały sezon miałem wypożyczony zakładowy domek. Po dyskotece przed ten domek wystawialiśmy radiomagnetofon z małymi kolumnami, mieszkańcy domków schodzili się i zabawa trwała choć w mniejszym gronie do wschodu słońca. Nikt wtedy nie mówił, że jest głośno, że jest cisza nocna, że ktoś przyjechał na odpoczynek. Urlop, wczasy, lub wolne od pracy to w tamtym okresie były czasem zabawy a nie spania jak to teraz jest. Jeszcze jedna ciekawostka była w tym roku na Głębokim. W ramach trzeźwości narodu wprowadzono odgórnie prohibicję na piwo. Jak ktoś był spragniony, to musiał sobie ten trunek przywieźć z Międzyrzecza. Całe szczęście, że ta sytuacja trwała tylko jeden sezon. Mimo zabawy każdy komentował strajki w całej Polsce. Obyło się bez rozlewu krwi z podpisaniem porozumień sierpniowych. W roku 1981 dalej prowadziłem z kolegą dyskoteki na ARCHIMEDESIE, ale już z profesjonalnym sprzętem wypożyczonym z zakładu pracy. Prowadziliśmy też na tym ośrodku wieczorki taneczne zapoznawcze i pożegnalne. Te wieczorki zawsze kończyły się nie wcześniej jak o wschodzie słońca.

Rok 1981 zakończył się wprowadzeniem stanu wojennego. Przyszło lato 1982 i myślałem, że nici z dyskotek. Tak się nie stało i uzyskałem zgodę na jej prowadzenie. Robiłem to sam, ponieważ kolega otrzymał intratniejszą propozycję. Problemem w tym i następnym roku były każdorazowe odwiedziny patrolu milicyjnego podczas kończenia dyskoteki. Cały czas było spokojnie, bez żadnych interwencji. Dyskoteki te prowadziłem do roku 1989. Atmosfera wypoczywających, odwiedzających i bawiących się ludzi w tamtym czasie była nadal wspaniała.          Przyszedł rok 1990 czyli nowe czasy, gdzie poprzednie lata określano „czasem słusznie minionym”. Myślałem, że będę dalej kontynuował prowadzenie dyskotek, lecz srogo się zawiodłem. Wymieniło się kierownictwo ośrodka Archimedes. Postawiono przede mną duże obowiązki, powierzono mi pełną organizację dyskoteki oraz bezpieczeństwo bawiących. Niestety,  nie przyjąłem nowych warunków i tak moja 10- letnia przygoda z dyskotekami na Głębokim zakończyła się.

Lata dziewięćdziesiąte i początek lat dwutysięcznych już nie był taki jak w poprzednich dwóch dekadach. Były zabawy w Leśnej i dyskoteki na patelni, były też festyny organizowane na ośrodku miejskim przez kierownictwo ośrodka. Mimo tego czegoś brakowało. Brakowało spontaniczności, wspólnej zabawy, radości, życzliwości do każdej osoby, po prostu zaczynało się robić jakoś nijak, bo każdy do każdego miał jakieś pretensje, tylko nie wiadomo dlaczego.

Lata 2005 do 2020 to lata „degradacji” wszystkich ośrodków wypoczynkowych nad jeziorem Głębokie (pomijam tutaj oczywiście stan poziomu wody w jeziorze). Lata 90. i dwutysięczne to masowy wykup domków kempingowych przez prywatne osoby od upadających zakładów pracy. Te osoby coraz częściej podnosiły głos, że na ośrodku jest za głośno, że są nocne zabawy, a oni chcą spokoju i w nocy chcą się wyspać. Te osoby doprowadziły do tego, że od około godziny 19.00 na ośrodku życie zamiera, a powinno być odwrotnie. Mam kolegę, który wykupił sobie domek. Był totalnym przeciwnikiem wszelkich zabaw, dyskotek i innych imprez w porze wieczornej i nocnej nad naszym jeziorem. Później rozmawiałem jeszcze z kilkoma znajomymi, którzy mają prywatne domki nad Głębokiem. Wyrażali podobną opinię, oni chcą mieć spokój. Obecnie się nie dziwię, że teraz Głębokie to pustynia rozrywkowa. Jestem przeciwnikiem pomysłu, aby nasi radni uchwalili możliwość nabycia dzierżawionych gruntów pod domkami na własność. Spowoduje to, że prywatni właściciele będą wyrażać zgodę na to, co można organizować na ośrodku a co nie. Jeszcze do roku około 2005 przyjeżdżali na Głębokie moi znajomi z lat 70. i 80. z Dolnego Śląska, z Wrocławia a nawet z zagranicy. Później już ich nie było i to tylko z jednego powodu, że  nad jeziorem nic się nie dzieje, szczególnie po 19,00. Proszę sobie pojechać do Sławy, do Niesulic, nad jezioro Długie w Strzelcach, tam co chwilę są jakieś imprezy i nikt nie donosi, że jest za głośno. Kilka razy byłem z żoną na wypoczynku nad naszym morzem i za każdym razem w innej miejscowości. Tam życie towarzysko- imprezowe w postaci dyskotek, zabaw, spotkań itp., zaczynało się dopiero od 21 wieczorem. Nie słyszałem, aby jakiś wczasowicz kwestionował głośność imprez. Uważam że ośrodek wypoczynkowy jest własnością gminy, a nie prywatnych dzierżawców. Jeżeli jest własnością gminy, to jest naszą wspólną własnością i my powinniśmy wytyczać co tam powinno być organizowane a co nie, a nie grupka prywatnych właścicieli domków. Chciałbym wyrazić określenie „atmosferę robią ludzie a nie urzędnicy”.

Cytat określający nasz ośrodek na dziś- BYŁY TŁUMY, A SĄ TYLKO KACZKI.

 

Na tym zakończyłbym cykl artykułów wspomnieniowych z mojego życia w Międzyrzeczu i okolicach. Pozdrawiam wszystkich czytelników Powiatowej. Zachęcam do pisania wspomnień oraz tekstów o naszych zwykłych bieżących sprawach z życia w Międzyrzeczu, bo często zza urzędniczego biurka nie widzi się tego, co widzi zwykły mieszkaniec.

 

Krzysztof  Malicki

Zdjęcia z archiwum Powiatowej

 

 

DO BIBLIOTECZKI REGIONALNEJ

 

1944 Przytoczna powietrzne starcie

 

W Zielone Świątki 29 maja 1944 roku niebo nad Przytoczną stało się miejscem powietrznej bitwy między samolotami amerykańskimi i niemieckimi. Tego dnia 8 Armia Powietrzna Stanów Zjednoczonych przeprowadziła zmasowany nalot na zakłady przemysłu wojennego III Rzeszy. Było to jedno z kilkunastu wielkich bombardowań w ramach nalotów strategicznych w tym okresie wojny. Akcje powietrzne przeprowadzone były zarówno w nocy przez RAF jak i w dzień przez 8 Armię Stanów Zjednoczonych.

Z kilku lotnisk w Wielkiej Brytanii wystartowało 993 czterosilnikowych bombowców w eskorcie 673 myśliwców dalekiego zasięgu. Celem nalotu były zakłady lotnicze Focke-Wulf w Cottbus, Sorau (Żary), Krzesinach pod Poznaniem (Kreising) oraz terenów przemysłowych na przedmieściach Lipska. Wydzielona grupa skierowała się do Tutow w Meklemburgii i nad rafinerię paliw syntetycznych w Pölitz (Police). Część samolotów z powodu różnych kłopotów technicznych powróciła na lotniska w Anglii.

Przeciwko wtargnięciu 8 Armii Powietrznej USA w przestrzeń powietrzną III Rzeszy Luftwaffe mogła w tym czasie przeciwstawić w sumie 12 grup myśliwskich (Tagjagdgruppen), 3 grupy niszczycieli (Zerstörergruppen) oraz 6 grup szkoleniowych (Schulgruppen) i rezerwowych (Ergänzungsgruppen).

Głównymi obrońcami niemieckiego nieba były myśliwce Focke-Wulfy, piloci amerykańcy uważali te maszyny za skuteczne i zabójcze. Te samoloty cechowała znakomita prędkość wznoszenia, mogły latać na bardzo dużych wysokościach i atakowały lotem nurkowym od strony słońca.

Dopiero wprowadzenie udoskonalonych myśliwców dalekiej osłony, Mustangów, od czerwca 1944 roku, pozwoliło na uzyskanie przewagi, aż do końca wojny. Luftwaffe nadal przeprowadzała udane ataki na formacje alianckie, jednak rosnące straty samolotów niemieckich i ciągłe dostawy silnie uzbrojonych „Latających Fortec” spowodowały, że nie można było już powstrzymać bombardowań Niemiec. Były to bombowce dalekiego zasięgu, nazwa „Latająca forteca” dla Boeninga B-17 związana była z silnym uzbrojeniem tego samolotu. W skład dziesięcioosobowej załogi wchodzili: dwaj piloci, bombardier, nawigator, radiooperator, pięciu strzelców pokładowych. B-17 miały rozbudowany system własnego uzbrojenia, dochodzący do 8, 12, a nawet 16, stanowisk karabinów maszynowych, które tworzyły wokół takiej „fortecy” system wielowarstwowego ognia zaporowego. Jednorazowo mogły zabierać na pokład do 8 ton bomb i nie było w czasie II wojny światowej innego samolotu, który mógłby dorównać tym bombowcom pod względem siły ognia. W lotach bombowych prowadzonych w dzień stosowano formację tzw. „combat box”, opartą na konstrukcji trójkąta. Combat box w drodze do celu były osłaniane przez myśliwce dalekiego zasięgu.

Bombowce po osiągnięciu celów nie kierowały się bezpośrednio na zachód, lecz obierały kurs na północ. Większość maszyn biorących udział w nalotach przekroczyła brzeg Bałtyku i udała się do baz w Anglii. Ataki niemieckiego lotnictwa oraz ogień obrony przeciwlotniczej nad Wielkopolską i Pomorzem spowodowały, że kilkanaście samolotów 8 Armii nie powróciło do bazy. Największe straty poniosła 305. Grupa Bombowa. Trzy „Latające Fortece” nie powróciły z nalotu nad Cottbus.

Do walki z tą grupą bombową, wracającą z bombardowania Cottbus poderwano 1./Jagdgruppe Ost (I./JGr. Ost) z lotniska w Legnicy. Było to lotnisko szkoleniowe, gdzie szkolono pilotów dla potrzeb lotnictwa myśliwskiego. Podczas bitwy powietrznej jaka rozegrała się między Polickiem na wschodzie i Przytoczną na zachodzie dwa B-17 zostały strącone. Pierwszy atak niemieckich Focke-Wulf na prawe skrzydło amerykańskiego Combat box nastąpił nad Międzyrzeczem. Jedna maszyna spadła w lesie za Bobowickiem koło wsi Janowo, druga rozbiła się za Przytoczną, miejsce upadku trzeciej nie jest dokładnie znane. W samolocie koło Przytocznej zginął drugi pilot Ezra Shapiro. Pozostali członkowie załóg obu rozbitych samolotów trafili do niewoli i przeżyli wojnę.

Sukces ten obrońcy niemieckiego nieba opłacili stratą 8 Focke-Wulfów, które zostały strącone podczas walki z amerykańskimi bombowcami i ich osłoną myśliwców P-51 (Mustang).

 

Powietrzną bitwę widziała Gertruda Ciążyńska, mieszkanka Pszczewa: Urodziłam się w Pszczewie (Betsche) 11 kwietnia 1929 roku. Rodzice Leon (urodzony 1896 r.) i Marta (urodzona 1901) mieli dom w Pszczewie przy ul. Kościelnej. Mój ojciec pochodził z Dormowa, pracował jako drogomistrz przy budowie i konserwacji dróg, moja matka z domu Gojdka  pochodziła z Pszczewa.

W Zielone Świątki 1944 roku widziałam wielką eskadrę bombowców amerykańskich lecącą na Poznań. Samoloty te zaatakowało lotnictwo niemieckie. Jeden z samolotów amerykańskich został strącony i spadł za Polickiem. Razem z siostrą Hildegardą pojechałyśmy tam rowerami zobaczyć ten samolot. To była ogromna maszyna koloru srebrnego, nikogo zabitego tam nie widziałam, samolotu pilnowało wojsko niemieckie, ale pozwalali go oglądać. Później ten samolot zabrali.

 

Dzięki licznym relacjom świadków znamy przebieg wydarzeń, związanych z misją nr 379 podczas Zielonych Świąt 1944 roku.(Format B5, 140 stron)

Książka została wydana przez Urząd Gminny Przytoczna w trzech wersjach językowych: po polsku, angielsku i niemiecku.

 

Andrzej Chmielewski

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

MAJÓWKA NA „PATELNI”

„Dziś, gdy oczy przymkniemy, widzimy znów,

Obraz ten, to marzenie naszych snów” (Filipinki)

 

Kiedy kończyły się zimowe chłody, a trawa i krzewy przy basenach zaczynały się zielenić, nadchodził czas potańcówek na patelni. „Patelnia”- tak z powodu jego okrągłego kształtu,nazywano obrzycki plac do tańczenia, położony w pobliżu basenów. Później, w latach 80., wybudowano obok Ośrodek Wypoczynkowy „Nad Obrą”, jednak my dzisiaj powspominamy szalone lata sześćdziesiąte.

Początkowo „Patelnia” była drewniana. Scena do tańczenia i podest dla zespołu były starannie zbite zdesek przez obrzyckich stolarzy. Z czasem,szybko próchniejące w wilgotnym lesie deski, zamieniono na wylewkę betonową. Podwyższenie dla zespołu muzycznego również wykonano z trwałego betonu. W latach 60. te zabawy cieszyły się w Obrzycach ogromną popularnością. Ludzie byli spragnieni rozrywki w tych siermiężnych czasach PRL-u. Kiedy tylko usłyszano pierwsze dźwięki kapeli, kto żyw pędził w stronę basenów. Do tańca przygrywał zespół big-beatowy, którego członkowie należeli do obrzyckiej orkiestry dętej.  W latach 60. grali w nim następujący Panowie (chociaż skład czasami ulegał zmianie): na saksofonie Bolesław Perz, na klarnecie Joachim Boche, Jan Drożyński na akordeonie, a rytm na perkusji podawał Andrzej Madajczak. Jedyną kobietą w zespole była wokalistka Elżbieta Luc. Zespół wykonywał najmodniejsze szlagiery z lat 60. - przeboje Filipinek, Skaldów, Czerwonych Gitar. Nikogo wtedy nie trzeba było namawiać do tańca, wszystkim aż się nogi same rwały do pląsów. Na parkiecie wirowały pary w każdym wieku, od młodzieży po starszych. Nawet kiedy pogoda nie sprzyjała i bardziej trzeba było założyć ciepłe palto niż zwiewną sukienkę, to i tak pracownicy szpitala przychodzili z całymi rodzinami i świetnie się bawili. Nikomu nie przeszkadzał deszczyk  psujący fryzurę i rozmazujący tusz do rzęs. Komu już się odechciało pląsów na parkiecie, mógł odpocząć i porozmawiać przy stolikach albo na kolorowych ławkach. Siedząc przy stoliku można też było z sąsiadami wychylić toast przyniesioną z domu wódeczką, popić oranżadą i zakąsić pajdą chleba ze smalcem i ogórkiem. Przy innych stolikach mężczyźni grali w karty, najczęściej w kopę, oczko,a nawet pokera. Dobierali się w 4 osoby. Amatorami gry w karty był dr Karczewski, Stanisław Szyszka czy Bolesław Darmosz. Kobiety częstowały się wzajemnie przyniesionym ciastem i rozmawiały o codziennych problemach. Młodzież tańczyła albo całowała się po krzakach, a małe dzieciaki podglądały i leciały donieść matkom. To był niezapomniany urok starych potańcówek, na których gromadziła się cała społeczność Obrzyc, bez względu na wiek i funkcję. Tak wspomina to Pan Waldemar Darmosz:To był 1964 lub 65 rok. Byłem małym chłopcem. Stałem przy oknie, wychylając się przez parapet. Z oddali dobiegały dźwięki popularnej piosenki Filipinek: „Walentyna, Walentyna/ już gwiazd kraina ją dobrze zna/ były kwiaty dla Gagarina/ a Walentyna twista ma”. Nie mogłem się doczekać, kiedy my dzieci pójdziemy tam z rodzicami. -Mamo, mamo czy mogę już iść?- pytałem matki, niecierpliwie przebierając nogami.-Biegnij, biegnij… my  z tatą zaraz tam przyjdziemy”.

 Kiedy zapadał zmrok, zapalała się duża latarnia nad „patelnią” i impreza trwała w najlepsze do późnych godzin nocnych. W ciemności słychać było śmiech, muzykę i okrzyki. Nikomu nie chciało się iść do domu. Orkiestra bisowała wiele razy. To były piękne czasy, ludzie byli sobie jakby bliżsi i życzliwsi. Dzisiaj po tych potańcówkach nie zostało już nic. Tylko betonowa wylewka z dziwnym podestem w lesie nad Obrą, przy nieistniejących już basenach. A muzykę z tamtych lat możemy usłyszeć już tylko w swoich wspomnieniach. „Bez wspomnień czasem łatwiej żyć, nie wraca nic…”, jak śpiewał kiedyś Krzysztof Klenczon.

Katarzyna Sztuba - Frąckowiak

 

 

NIETOPEREK - MILITARNY WĄTEK

5 maja 1993 roku wojska rosyjskie opuściły Kęszycę Leśną

 

      To szczególne położenie Nietoperka na szlaku przy głównej drodze łączącej północ z południem sprawiało, że był on widownią wielu zdarzeń o charakterze historycznym. Reasumując to należy wskazać, że już w 1520 roku przez Nietoperek przemaszerowują Brandenburczycy idąc na pomoc Krzyżakom. Za sprawą pomocy sołtysa M. Jockischa z Nietoperka, miasto Międzyrzecz zostało zdobyte i zniszczone. W czasie najazdu szwedzkiego w 1655 roku wieś musiała też ucierpieć. Źródła historyczne podają, że gwałtownie zmniejszyła się we wsi liczba kmieci. W 1758 roku wojska rosyjskie przebywają w mieście i okolicy. Na największym wzgórzu pomiędzy Nietoperkiem a Kęszycą rozbijają obóz zimowy. W czasie wojen napoleońskich Francuzi zamieszkują w Międzyrzeczu i zapewne odwiedzają naszą wieś. Podczas I wojny światowej 1914 – 1918 na froncie poległo 23 mieszkańców Nietoperka. W dowód pamięci postawiono poległym na środku wsi pomnik. W okresie od 1934 – 1944 z powodu budowy systemu podziemnych fortyfikacji III Rzeszy, na polach za Nietoperkiem powstała zakazana strefa pilnie strzeżona przez żołnierzy niemieckich. W styczniu 1945 r. czołgi rosyjskie wkroczyły do Nietoperka. Zostały ostrzelane przez Niemców. Jeden z odstrzelonych czołgów długo jeszcze po wojnie stał w Nietoperku. W lecie 1945 Rosjanie zamieszkali na sali wiejskiej pracując przy sianokosach i przy żniwach. W 1968 r. przez Nietoperek przejeżdżały kolumny samochodowe Rosjan spieszących na pomoc władzom socjalistycznej Czechosłowacji. Kilkuosobowe grupy Rosjan przychodziły do naszych domów prosząc o wodę i żywność. Byli bardzo zmęczeni. Opowiadali, że zabrano ich prosto z pracy. Po wojnie koszary w Kęszycy zajęli Rosjanie. W 1953  przejęło je Wojsko Polskie. Od 1956 do 1993 roku (przez 37 lat) wojska radzieckie stacjonowały w koszarach w Gródku (Kęszyca Leśna).

      Powoli, jak tylko zaczęła się rozluźniać wojskowa dyscyplina, szeregowi żołnierze zaczęli przychodzić do wsi. Sprzedawali zegarki, paliwo, złoto itd. Wyżsi rangą oficerowie przyjeżdżali do St. Zalwowskiego – krawca – aby szyć sobie mundury. Ale później ktoś doniósł, że to były Akowiec, politycznie niepewny, i te kontakty się urwały. W tym czasie wielu mieszkańców Nietoperka nawiązało przyjacielskie kontakty z żołnierzami rosyjskimi. Przez długie lata trwała obopólna wymiana handlowa, w której każdy miał swój interes.

      Kiedy 5 maja 1993 roku na bocznicy w Nietoperku ustawiono ostatni wagonowy skład, pomimo deszczu i późnej pory, wielu ludzi z okolicznych miejscowości przyszło pożegnać się z rosyjskimi żołnierzami. Poza oficjalnym pożegnaniem ze strony władz państwowych, wiele rodzin żegnało się ze swoimi znajomymi Rosjanami. Zadzierzgnięte w tym czasie przyjaźnie podtrzymywane są nawet do dziś. No cóż, polityka polityką, a ludzie wiedzą swoje.

 

      „Ruscy nam tu nie przeszkadzali i my im chyba też nie wadziliśmy – zapewniali mieszkańcy Kęszycy i Nietoperka tuż po odjeździe ostatniej grupy Wojsk Federacji Rosyjskiej z garnizonu w Kęszycy. – Dobrze razem przez tyle lat żyliśmy, przyzwyczailiśmy się do siebie. Teraz będzie nam ich trochę brakować. Na bocznicę kolejową w Nietoperku przybyło w środowy wieczór 5 maja kilkudziesięciu okolicznych mieszkańców. Kobiety z gałązkami bzu, część panów z otwartymi już butelkami wódki. Kwiatami i polską wódką żegnano ostatnich żołnierzy rosyjskich. Nic więc dziwnego, że po niecałej godzinie, co chwila ściskali się mocno na pożegnanie. Trochę szkoda, że już stąd wyjeżdżamy, bo dobrze nam było u was – mówi w imieniu swoim i kolegów porucznik Konstantin Kurenkow z Nowosybirska. – Ludzie tu dobrzy. Zawsze można było z nimi pogadać, coś im sprzedać, albo coś od nich kupić. I wódki się razem napić. Ja o pracę się nie boję, bo jestem lekarzem. Ale inni oficerowie będą mieć kłopoty z pracą i znalezieniem mieszkania. Wielu będzie musiało wrócić do cywila i szukać sobie nowego zajęcia. Wolelibyśmy jeszcze trochę tutaj zostać”. (fragment artykułu Andrzeja Włodarczaka – Pogadali, popłakali, pojechali - Ziemia Gorzowska nr 19, 13.05.1993)

W kilka lat po wyjeździe Rosjan, we wrześniu 2001 r. na bocznicy kolejowej w Nietoperku pojawili się żołnierze amerykańscy. Rozładowali z wagonów swój ciężki sprzęt i odjechali na poligon do Wędrzyna. Nietoperek to szczególne miejsce. W przeciągu tych 550 lat swojej historii odwiedziły je prawie wszystkie największe armie tego świata.

Wacław Nycz

Nietoperek, stare i nowe dzieje

Wydawca – Urząd Miejski w Międzyrzeczu, 2005 r.

 

Po raz kolejny sięgnęłam po książkę Wacława Nycza z Nietoperka, z której pochodzi militarny fragment (s. 229 – 238). „Nietoperek, stare i nowe dzieje” to świetna monografia wsi, która obok monografii Wyszanowa, Bukowca, wspomnień pionierów i osadników oraz  przedwojennych widokówek przedstawia historię międzyrzeckiej gminy. Czytelnicy proszą o wznowienie publikacji o Nietoperku, która miała świetne recenzje. Nie ma jej w żadnej księgarni, a przecież historia naszej małej ojczyzny potrzebna jest kolejnym pokoleniom.

Z takim apelem i prośbą zwracam się do burmistrza Remigiusza Lorenza i Rady Miejskiej.

Izabela Stopyra

   

MICHAŁ WOLNIEWICZ -NIE ZAWSZE W CIENIU BRATA

 

Trenował z Edwardem Skorkiem…

 

Gdyby tak międzyrzeckich kibiców zapytać o imię Wolniewicza, to z góry zakładam, że większość odpowiedziałaby Tadeusz, a nieliczni zapytali - którego? No właśnie, którego? Ja dobrze znam obu braci Tadeusza i Michała. Ten pierwszy był świetnym znawcą sportu mającym na koncie m. in. tytuł Mistrza Polski Kibiców i sercem oddanego lokalnej siatkówce, ale to nie on, a młodszy Michał ma za sobą sportową karierę. Stąd moje spotkanie z młodszym z braci. 

 

- Michał, znamy się kopę lat, ale przypuszczam że niewiele osób wie, że masz za sobą siatkarską karierę. Opowiedz o początkach swojej przygody ze sportem…

- O, to musiałbym się cofnąć aż do szkoły podstawowej, lecz nie czasu spędzonego w murach szkolnych, tylko poza nimi. Tak jak wielu moich rówieśników z Obrzyc miałem to szczęście, że mieszkałem i wychowywałem się w miejscu, gdzie do naszej dyspozycji było kilka obiektów, na których mogliśmy tracić nadmierną energię. Było boisko, na którym to m. in. piłkarze „Orła” odnosili największe sukcesy, w niedużej odległości od boiska kort, baseny (!), o czym chyba nie wszyscy wiedzą, obok boisko do siatkówki i sala gimnastyczna w pobliżu szkoły. I dodać muszę jeszcze profesjonalną strzelnicę. Do tego wszystkiego jako dzieci pracowników szpitala mieliśmy szeroki dostęp do sprzętu sportowego zakupionego do rehabilitacji pacjentów. Ale nie tylko to napędzało nas do aktywności fizycznej, albowiem nie można zapominać o roli, jaką na nasze charaktery i zamiłowanie do uprawiania sportu oraz rozwój fizyczny wywarły odbywające się co roku  spartakiady pracowników służby zdrowia. Nadmienić też muszę, że w okresie letnim do Obrzyc zjeżdżali się przedstawiciele różnych dyscyplin, by trenować na naszych obiektach - była więc okazja podglądania dorosłych sportowców. Dzięki temu wszystkiemu na palcach jednej ręki można policzyć chłopaków, którzy nie wykorzystali swojej szansy i gdzieś nie zaistnieli w jakiejś dyscyplinie sportu. Dzisiaj w Międzyrzeczu dużo się mówi o siatkówce, ale mało kto pamięta, że jej podwaliny zostały położone w Obrzycach. Otóż to m. in. bracia Mieczysław i Stanisław Młotkowscy, Antoni (ksywka „Dingo”, bo grał na bosaka) i Leon Napierałowie oraz Florian i Ryszard Szymczakowie, Janusz Górski, Henryk Kosmowski, Henryk Kranc i Bronisław Pachoł - tworzyli pierwszą drużynę w regionie. Dla nas, dzieciaków z „podstawówki”, wielką frajdą było przebywać w ich towarzystwie, przyglądać jak oni trenowali i rozgrywali mecze. I jeszcze o jednej rzeczy powinienem wspomnieć, czyli o rywalizacji pomiędzy nami w ramach  współzawodnictwa sportowego i o roli, jaką odgrywał wówczas mój brat Tadeusz. Już wtedy wykazywał swoje predyspozycje organizacyjne, bowiem to on wielokrotnie był pomysłodawcą wszelkiego rodzaju wydarzeń sportowych oraz „komisją” sędziowską i do tego też np. samodzielnym „producentem” medali i dyplomów.

- Poświęćmy kilka zdań Tadeuszowi, z którym przyjaźniłem się kilkadziesiąt lat i jak dobrze pamiętam, to on nie zaistniał w żadnej dyscyplinie sportu, ale był świetnym znawcą bieżących wydarzeń sportowych, historii i przepisów obowiązujących w sporcie…

- Masz  rację, wprawdzie w dzieciństwie brał z nami udział we wszystkich naszych sportowych zabawach, ale od najmłodszych lat do sportu podchodził trochę inaczej niż ja. Od czasu kiedy tylko nauczył się czytać, dużo czasu zajmowała mu prasa sportowa. Pamiętam jak kiedyś do naszego ojca Antoniego na rozmowę o zainteresowaniach Tadka przyszedł dr Oswald Danielak, a efektem owego spotkania były podarowane bratu ładnie oprawione przez introligatora roczniki „Sportowca”. Ten podarunek był dla niego tym, czym dla innych „gwiazdka z nieba”.

- Przejdźmy teraz do siatkówki. Kiedy zaczęła się twoja pasja?

- Tu zmuszony jestem na chwilę powrócić do lat, kiedy to wraz z kolegami towarzyszyłem siatkarzom. Na jednym z ich treningów na boisku przy basenach, kiedy przebiegałem przez boisko, otrzymałem „strzał piłką w tzw. profil” od atakującego w tym czasie na siatce Floriana Szymczaka. Odczuwałem to uderzenie nieomal przez tydzień i kiedy tak sobie wspominam ten fakt to żartuję, że był to mój pierwszy kontakt z prawdziwą siatkówką! A tak już na poważnie, to siatkówkę zacząłem trenować będąc uczniem międzyrzeckiej „budowlanki” pod okiem Zbigniewa Oleszka i może nie powinienem o tym mówić - równocześnie grałem na „lewo” w „Orle”, do czego namawiany byłem przez ówczesnego trenera, od którego otrzymałem pamiętny „strzał” nad basenem. Po ukończeniu szkoły bardzo szybko przyszedł czas odbycia zasadniczej służby wojskowej w Gubinie, ale na całe szczęście dla mnie, nie trwała długo. Dzięki temu, że reprezentowałem już wtedy całkiem niezłe umiejętności siatkarskie, zostałem wysłany do Warszawy, gdzie odbywały się „testy” do sekcji siatkówki CWKSLegia”, klubu mającego w dorobku osiem tytułów Mistrza Polski i pięciokrotnego zdobywcy Pucharu Polski. Jak pamiętam, to o miejsce w szerokiej kadrze „Legii” rywalizowało 49 zawodników z całej Polski, a ja miałem to szczęście, że znalazłem się w wybranej siódemce, która pozostała w Warszawie i skoszarowana w ośrodku na Rembertowie. Po latach miło jest wspominać tamte czasy, kiedy miałem możliwość przebywania w towarzystwie np. Edwarda Skorka czy Aleksandra Skiby - siatkarzy ze „złotej ery” Huberta Wagnera. A tak w ogóle to miałem tę przyjemność przypatrywania się treningom kadry H. Wagnera, stąd rozumiem dlaczego przylgnął do niego przydomek „Kat”. Oprócz tego na terenie ośrodka, gdzie byliśmy zakwaterowani przed Mistrzostwami Świata w Niemczech, pod wodzą Kazimierza Górskiego trenowała kadra polskich piłkarzy. Była więc okazja nie tylko podglądania ich treningów, lecz możliwość przebywania w ich towarzystwie oraz poznania kilku osobiście, być także świadkami wielu wesołych zdarzeń, ale to tylko na prywatną rozmowę.

      - Po zakończeniu służby wojskowej i przygody z warszawskim klubem zasiliłeś szeregi „Orła” Międzyrzecz, który w tym czasie grał w lidze międzywojewódzkiej…     

- W czasie kiedy do nich dołączyłem, był to naprawdę ciekawy zespół złożony z bardzo zdolnych, młodych siatkarzy, uczniów szkół średnich, ja w tym towarzystwie byłem najstarszy. Drużyna prowadzona przez niedocenianego wtedy Kazimierza Kołacza prezentowała naprawdę wysoki poziom. Tacy zawodnicy jak Leonard Bułach, Ireneusz Górski, Franciszek Kaczmarek, Ryszard Kądziela, Andrzej Kołodziejski, Edward Radomski, Krzysztof Szysznia i Tadeusz Warżała swoją postawą na boisku zasłużyli na słowa uznania i na to, aby o nich pamiętać. Dobrze wiesz, bo sam byłeś tego świadkiem, jakie tłumy zespół ten ściągał do sali gimnastycznej SP 2, gdzie rozgrywaliśmy swoje mecze. Dziś nie chcę nikogo specjalnie wyróżniać, albowiem każdy z nich pomimo młodego wieku był naprawdę bardzo zdolnym siatkarzem i dla mnie i dla nich również niezrozumiała była decyzja Zarządu klubu o zawieszeniu działalności sekcji siatkówki. Kilku moich kolegów z drużyny kontynuowało później siatkarską karierę w Gorzowie, Świebodzinie i Zielonej Górze, a ja poświęciłem się pracy zawodowej.  

- Ale w zakładzie pracy, czyli Areszcie Śledczym w Międzyrzeczu również zostały wykorzystane twoje siatkarskie umiejętności…

     - Kiedy kończyłem służbę wojskową zarzekałem się, że nigdy więcej munduru, choć tak naprawdę poza okresem tzw. „unitarki” to niewiele się go nanosiłem, ale mimo tego i tak nie planowałem pracy w żadnej ze służb mundurowych. Ale, jak sam dobrze znałeś Tadeusza i jego pasję do sportu, kiedy pełnił funkcję naczelnika aresztu jego ambicją było m. in. skompletowanie spośród pracowników drużyny siatkówki, która ze skutkiem pozytywnym startowałaby w rozgrywkach resortowych. Z tego też powodu znalazłem się w kręgu zainteresowań, ale to nie on namówił mnie na pracę w areszcie, a dzięki tej pracy była możliwość wcześniejszego przejścia na emeryturę. I dzisiaj, kiedy doczekałem się emerytury i mam sporo czasu na przemyślenia i na rozmowę z tobą, to dobrze wiem jak duży wpływ na moje życie miał fakt, że grałem w siatkówkę - zaczynając od szkoły średniej przez służbę wojskową, kończąc na pracy zawodowej i doceniam też to, że po drodze spotkałem wiele przychylnych mi osób.

 

      Dzięki za spotkanie i rozmowę, która „odmłodziła” nas o ładnych parę lat.

Życzę tobie i twoim bliskim sporo zdrowia w tak trudnym dla nas czasie.

 

Jerzy Rudnicki

   

Lokalna piłka nożna

 

      Nieszablonowo rozpoczynam ten artykuł dotyczący piłki nożnej w wykonaniu piłkarzy naszego powiatu. Chciałoby się napisać, że rozgrywki nabrały tempa i wszystko toczy się jak zawsze, ale tak nie można.

 

 Wszechobecny wirus torpeduje okres przygotowawczy do sezonu. Praktycznie od ostatniego miesiąca więcej meczów się nie odbyło. Po rozmowie z przedstawicielem OZPN Gorzów dowiedziałem się, że decyzje co do rozgrywek zapadają „wyżej” i od czasu do czasu alarmujące telefony z klubów o niemożliwości rozegrania poszczególnych pojedynków ze względu na panujący wirus, lub tylko podejrzenie. To jest powodem przekładania pojedynczych spotkań i całych kolejek na terminy majowe i czerwcowe. Już widać, że niektóre mecze odbywać się będą już po rozpoczęciu EURO 2020. Oczywiście godziny rozgrywek nie będą z sobą kolidowały.

 Starym zwyczajem rozpoczynamy od zespołu Pogoni Skwierzyna, który występuje w Jako IV liga grupa lubuska. Mecz z marcowej 22 kolejki został przeniesiony na 3 czerwca (czwartek Boże Ciało). Mecze 23 i 24 kolejki przeniesiono odpowiednio na soboty 12 i 19 czerwca. Dwa rozegrane mecze w kwietniu wynikowo były nieudane, ponieważ oba przegrane 1 bramką. Pocieszające jest jednak to, że Pogoń grała z czołowymi zespołami rozgrywek Stilonem Gorzów i liderującej drużynie Carinie Gubin. Dwa pozostałe mecze w kwietniu mogą być wygrane. Nie poprawi to pozycji w tabeli, ale poprawi morale Pogoni i ułatwi w maju „ucieczkę” ze strefy spadkowej. Oby tak się stało, ponieważ widmo degradacji wisi nad skwierzynianami, a tego nikt z kibiców nie życzy. Muszę przyznać, że Pogoń ma kibiców nie tylko w swoim mieście. Wzorem poprzedniego miesiąca życzę sympatycznej drużynie szczęścia i powodzenia. Tych dwóch rzeczy nigdy nie jest za dużo.

 Cztery drużyny reprezentują nasz powiat w Jako klasa okręgowa grupa Gorzów. Kto sporadycznie analizuje miejsca naszych drużyn, mógł być zdziwiony widząc na czele zespół Celulozy Kostrzyn. Było to chwilowe, gdyż dotychczasowy lider Budowlani Murzynowo rozgrywał mecz później. Jednocześnie Budowlani rozegrali 2 pojedynki mniej z powodu odwołania meczów ze względu na zagrożenie pandemiczne w kolejkach 20 i 21. Terminy tych meczów nie są znane na dzień dzisiejszy. Całą kolejkę 19 przeniesiono na środę 12 maja. Poza tym jak przystało na zdecydowanego lidera rozgrywek piłkarze z Murzynowa wygrywają mecze i nie powinni mieć kłopotu z utrzymaniem pozycji i awansu. Życzę im, żeby stan błogości ich nie uśpił, bo często … nie, nie dopuszczam nawet takich myśli do siebie.

 Gdy ten numer Powiatowej dotrze do czytelników będzie po kwietniowym, derbowym meczu w Międzyrzeczu z Orłem. Tylko żałować należy, że kibice będą mogli oglądać ten pojedynek zza płotów. A może do tego czasu zmienią się te niezbyt mądre zarządzenia dotyczące covidu. To co teraz napisałem jest w sprzeczności z tym co było w zeszłym miesiącu, gdzie uznałem zamknięcie stadionów dla kibiców. 200 – 300 osób na boisku w Międzyrzeczu to możliwość zachowania wszelkich zasad. W innych miejscowościach jest podobnie. 9 lokatę w tabeli zajmuje Orzeł Międzyrzecz, który rozegrał 19 meczów zdobywając w nich 29 punktów. Zapowiedzi co do gry piłkarzy były dość optymistyczne, ale rzeczywistość weryfikuje wszystko. Porażka z przedostatnim Radowiakiem Drezdenko chluby nie przynosi, a wszystkie tłumaczenia prowadzą donikąd. Mecz 19 kolejki tak jak wszystkie przeniesiono na 12 maja. W 22 kolejce mecz odwołany na razie bez terminu, natomiast w 23 Orzeł obligatoryjnie pauzuje. W kwietniu jeszcze ciekawe wspomniane już derby z Budowlanymi. Maj to natłok, koleje i możliwość zdobycia punktów. Zdając sobie sprawę, że Orzeł nie awansuje i spadek też im nie grozi, sztab szkoleniowy musi przygotowywać już zespół pod przyszły sezon. Gdyby tak jeszcze kibice zaczęli odwiedzać stadion, to byłaby pełna satysfakcja. Tak piękny obiekt bez kibiców traci co najmniej połowę atrakcyjności. Piłkarzom też się lepiej gra, gdy mogą swoje umiejętności demonstrować widzom.

 Jako 3 drużyna na tym szczeblu jest GKP Pszczew. 10 lokata i 23 zdobyte punkty po 21 rozegranych meczach odzwierciedlają aktualne możliwości piłkarzy GKP. Dwa wygrane pojedynki w kwietniu, a zwłaszcza z 4 drużyną w tabeli, rozbudza nadzieję na lepsze jutro. Tak trzymać. Jeszcze w kwietniu rywalizować będą z sąsiadami i z kolegami ze Zjednoczonymi Przytoczna. Ciekawego i zaciętego meczu można się spodziewać. W maju pszczewian czeka 5 meczów wynikających z terminarza i mecz  zaległej 19 kolejki. W 28 kolejce pauzują, więc mają możliwość na dłuższą regenerację.

Czwartą drużyną jest zespół Zjednoczonych Przytoczna, który plasując się na 11 miejscu zdobył 22 pkt. w 20 meczach. Start do rundy wiosennej nie jest zbyt udany dla Zjednoczonych. Jeden tegoroczny wygrany pojedynek to zbyt mało, żeby być zadowolonym. Trzeba mieć nadzieję i nie tylko nadzieję, że musi być lepiej. Dwa mecze kwietniowe dadzą odpowiedź jak przygotowany jest zespół. Pierwszy mecz z wiceliderem Celulozą będzie bardzo trudny, ale może wyjaśnić dużo. Drugi derbowy z Pszczewem też do łatwych należeć nie będzie. Siedem meczów (łącznie z zaległą kolejką) może dać Zjednoczonym dużą liczbę punktów. Rywalami w większości przypadków są drużyny będące w zasięgu Zjednoczonych. Bardzo ciekawie zapowiada się mecz 31 kolejki w dniu 29 maja. Piłkarze z Przytocznej pojadą na mecz derbowy do Międzyrzecza. Bez względu na jakich pozycjach plasują się rywale, mecze mają charakter zaciętych, a nawet ostrych pojedynków. Kibice też w trakcie rywalizacji obrzucają się obelgami, ale z chwilą ostatniego gwizdka sędziego wszystko idzie w niepamięć i często kończy się małym „browarkiem”.

 Klasa A grupa Gorzów II (Słubice). Nie mają szczęścia piłkarze tego szczebla rozgrywek do rozpoczęcia sezonu wiosennego. Drużyny FC Kursko i As Pieski cały czas szykują się do gry, a 4 kolejki zostały odwołane ze względów zagrożenia pandemicznego i nie wiadomo co będzie z ostatnią kolejką w kwietniu. Poza tym w maju przewidziane jest 5 kolejek i ewentualne kolejki marcowe, i część kwietniowych, co będzie stanowiło bardzo dużą ilość meczów do rozegrania. Sytuacja naszych drużyn jest diametralnie różna. FC Kursko, obecnie 5 drużyna w tabeli, może ćwiczyć warianty gry na przyszły sezon. As Pieski zajmujący ostatnie miejsce w tabeli aby utrzymać się na tym szczeblu musi od pierwszego meczu walczyć. Inaczej w przyszłym sezonie zawitają do klasy B, czego im nie życzę. Muszą sobie przypomnieć jak ciężko dawniej było awansować.

Klasa A grupa Gorzów III (Drezdenko). Podobnie jak w grupie słubickiej, nie dane było zaprezentować się piłkarzom GKS Bledzew i Zjednoczonych II Przytoczna. Też 4 kolejki odwołane. Też szykuje się nawał pojedynków w maju i czerwcu. Chociaż znając pomysłowość działaczy okręgowych można spodziewać się nie tylko dziwnych, ale i śmiesznych decyzji. Oby tylko nie skrzywdzili naszych zespołów. Piłkarze GKS plasują się na pierwszym miejscu mając 6 punktów przewagi nad 2 w tabeli zespołem Uran Trzebicz. Przygotowani do sezonu - według samych  zawodników - są dobrze i nie czują presji wyniku. Znają swoją wartość, ale doceniają też rywali. W gorszej sytuacji jest zespół rezerw Zjednoczonych. Zawsze w takich sytuacjach mówi się, że to poligon szkoleniowy dla pierwszego zespołu.

  Klasa A grupa Zielona Góra I rozegrał jedną pełną kolejkę. Nasz przedstawiciel Obra Trzciel nie poradził sobie z zespołem z Ołoboku. Następne 5 pełnych kolejek zostało przeniesionych – 1 na 28 kwietnia, a pozostałe na terminy czerwcowe. Jeszcze w kwietniu kolejka wynikająca z kalendarza rozgrywek. Ambitni i sympatyczni piłkarze z Trzciela nie powinni mieć problemów w tabeli. Z pewnością widzą siebie wyżej niż dotychczas, gdzie zajmują 9 miejsce gromadząc w 15 meczach 19 punktów.

 Klasa B grupa Gorzów II. Występujące w tej grupie drużyny to Orzeł II Międzyrzecz i Pogoń II Skwierzyna też nie rozpoczęły jeszcze gry na wiosnę. Czekają już „w blokach startowych”. Spragnieni są gry. Może w ostatni weekend kwietnia uda się pokazać jak są przygotowani i ilu z nich ma szansę na grę w pierwszych zespołach. Pierwsze trzy kolejki zostały przeniesione, ale nieznane są jeszcze terminy meczów zaległych. Jak we wszystkich przypadkach kibice, a takich mają rezerwy, też chcą zobaczyć młodych piłkarzy.

 Klasa B grupa Świebodzin i nasz jedynak Chrobry Brójce. W tej grupie też nie udało się rozegrać żadnej kolejki. Kolejka 10 została przeniesiona na 30 maja, a kolejka 11 na 6 czerwca. Zastanawiające jest to, że Lubuski Związek PN w Zielonej Górze już wyznaczył terminy, a OZPN Gorzów cały czas czeka, tylko na co? Piłkarze Chrobrego zajmują obecnie ostatnią lokatę i tylko diametralna poprawa może to zmienić. Życząc tego po raz któryś mówię, weźcie przykład z waleczności patrona waszego Klubu.

 

Po raz kolejny życzę wszystkim kibicom możliwości uczestnictwa w piłkarskich pojedynkach,

 a zawodnikom naszych klubów zwycięstw, lub co najmniej zaangażowania w grze.

 

 

      Jan Wiśniewski

   

Z zapaśniczej maty

Pandemia i związane z nią ograniczenia oraz obostrzenia zmniejszyły zapaśniczą aktywność. Odwoływane są treningi, turnieje, zawody ligowe. Tylko nieliczne zostały przeprowadzone, zwłaszcza te dużej rangi. W drugiej połowie marca, czyli w dniach 19 – 21 w Poznaniu odbyły się Mistrzostwa Polski Juniorów w Zapasach w stylu klasycznym. Uczestniczył w nich Grzegorz Hildebrand, zawodnik trzcielskich „Orląt”. Walczył w kategorii 60 kg i odniósł olbrzymi sukces. Został wicemistrzem Polski, a wywalczył ten znakomity tytuł w świetnym stylu. Wszystkie walki do finału wygrał bez straty punktów. A pokonał, w swojej kategorii, silnych rywali. Karola Kamelę z Chełmna, z klubu MKS CEMENT- GRYF, położył na łopatki / 4:0/. Mateusza Hałdaja z Woli Krzysztoporskiej, z klubu LUKS ATHLETIC pokonał wynikiem 8: 0. Ostatnim przed walką finałową był Gor Hovsepyan z GKS CARTUSIA i wygrał z nim przez przewagę techniczną / 9: 0/. W finale walczył zacięcie z Arslanbekiem Salimovem, zawodnikiem KS WSCHÓD BIAŁYSTOK. Tym razem uległ przeciwnikowi. Sukces Grzegorza Hildebranda bardzo cieszy, ponieważ wystąpił on po raz pierwszy w Mistrzostwach Polski Juniorów /najmłodszy rocznik/ i od razu zdobył srebrny medal. Gratulacje dla zawodnika i jego trenera – Mieczysława Kurysia. Na tych samych mistrzostwach, tylko w kategorii 77 kg, walczył wychowanek „Orląt” a obecnie zawodnik poznańskiego klubu „Sobieski” – Jan Chojnacki. Wywalczył brązowy medal. Ten sukces też nas cieszy, bo Jan Chojnacki swoją zapaśniczą karierę zaczynał w Trzcielu pod trenerskim okiem Mieczysława Kurysia. Zresztą z „Orlętami” jest bardzo związany i często w klubie bywa. Także w Poznaniu i także w terminie 19.03 – 21.03, czyli równolegle odbywały się Młodzieżowe Mistrzostwa Polski. W kategorii 87 kg złoty medal zdobył Bartosz Rajter, zapaśnik dobrze znany trzcielanom. Wywodzi się bowiem z Trzciela i był przed laty zawodnikiem „Orląt”. Teraz trenuje w Poznaniu, w klubie „Sobieski”.

 Życzę zawodnikom oraz ich trenerom dalszych sukcesów na matach Polski, Europy i świata. Ale przede wszystkim życzę powrotu do normalnych treningów i licznych wyjazdów na różne zawody.

                                                                                            Jadwiga Szylar

   

Finały Mistrzostw Europy 2020 (2021) w Piłce Nożnej

 

Równo rok temu ukazał się w Powiatowej artykuł o ME w piłce nożnej. Było bardzo wiele znaków zapytania, a największy to kiedy do tych mistrzostw dojdzie i czy w ogóle dojdzie. Wówczas wszystko było uzależnione od koronawirusa. Dzisiaj nadal mamy z tym problem, ale już dużo więcej medycyna wie o tym wirusie i generalnie szczepionki nas przed nim obronią. Znam bardzo wielu, którzy nie wierzą w skuteczność szczepionek, a do tego potrafią szerzyć (moim zdaniem) ferment i różnego rodzaju teorie spiskowe. Zanim przejdę do spraw sportowych nadmienię, że bardzo dobrze się stało, że władze sportu pomyślały o zaszczepieniu piłkarzy i sportowców mających szansę na start w Igrzyskach Olimpijskich. Oni są prawdziwymi ambasadorami naszej ojczyzny. Taka decyzja nie powinna podlegać żadnej dyskusji.

Wracając do samych mistrzostw, to zachowano nazwę UEFA Euro 2020, szesnasty turniej o mistrzostwo Europy w piłce nożnej mężczyzn, chociaż nawet w oficjalnych dyskusjach często zapisywane jest Mistrzostwa Europy 2020/2021. Do dzisiaj toczą się dyskusje, na jakich stadionach i w jakich państwach mają odbywać się mecze. Wersji jest kilka i żadna nie jest 100%, gdyż różne są przepisy covidowe w różnych krajach i przemieszczanie się zespołów byłoby niemożliwe. Ten problem dotyczy też reprezentacji Polski. W kwietniu mają zapaść definitywne decyzje. Jedno jest pewne, początek mistrzostw będzie 11 czerwca w piątek i zmierzą się w meczu inauguracyjnym o godzinie 21.00 reprezentacje Turcji i Włoch. Mecz odbędzie się na Stadionie Olimpijskim w Rzymie. Później to już powinno pójść gładko. Reprezentacja Polski w swojej grupie E za rywali będzie miała piłkarzy Słowacji, Hiszpanii i Szwecji. Pierwszy mecz rozegrają ze Słowacją 14 czerwca o godz. 18.00 (według wcześniejszych założeń w Dublinie ??), kolejny mecz to z Hiszpanią w Bilbao 19.06 o godz. 21.00. Ostatni mecz grupowy ze Szwecją 23. 06 o godz.18.00 (też w Dublinie, ale najprawdopodobniej ten i pierwszy mecz zostanie przeniesiony). Jeśli Biało – Czerwoni uplasują się na pierwszym miejscu, to w kolejnym meczu rywalami ich będzie zespół z 3 lokaty grupy A B C lub D. Zajęcie 2 miejsca w grupie to spotkanie z 2 zespołem grupy D. Natomiast 3 miejsce to rywalizacja ze zwycięzcą grupy B lub C. Jest to trochę skomplikowane, ale kibice wiedzą, że 6 utworzonych grup to 6 pierwszych i 6 drugich miejsc, a pozostałe 4 miejsca w 1/8 finału uzupełnią najlepsze drużyny, które uplasowały się na 3 pozycjach w grupie.  Mecze 1/8 finału odbędą się w dniach 26,27,28 i 29 czerwca, ćwierćfinały - 2 i 3 lipca, półfinały - 6 i 7 lipca. Święto piłkarskiej Europy, czyli finał to stadion Wembley w Londynie 11 lipca godz. 21.00.

Kibice w kraju zadają sobie wiele pytań. Najważniejszym jest – jak na tle Europy wypadnie nasza reprezentacja i jak będą się prezentowali pod wodzą mimo wszystko nowego selekcjonera? Z rozmów z kibicami wynika, że około 60% jest pewnych przejścia naszych piłkarzy do meczów pucharowych, a ok. 35% do ćwierćfinałów. Dla 10% realny jest awans do półfinałów. Nikt nie wierzy w awans do finałowego meczu, nie mówiąc już o zdobyciu pierwszego miejsca. Oczywiście co poniektórzy w marzeniach mają najwyższe lokaty, ale nikt nie chciał deklarować tego. Zastanawiające jest 40% rozmówców, którzy nie wierzą w nasz zespół. Na wspomnienie, że mamy kilku piłkarzy wybitnych ripostują mówiąc, że na dzień dzisiejszy nie jest znany nawet szeroki skład, a czasu jest bardzo mało. Cały czas Paulo Sousa, nasz selekcjoner poszukuje, a „swoje” prawa mają kontuzje i choroby. Dobitnym tego przykładem jest brak Roberta Lewandowskiego w meczu z Anglią. Były momenty, że nasi reprezentanci zachowywali się jak we mgle i na nic były opinie „specjalistów”, że Polacy zagrali w miarę dobry mecz. My, jako kibice, nie powinniśmy cieszyć się z przegranych pojedynków. Niech mecz będzie mało widowiskowy, ale wygrany.  Kto dzisiaj wspominałby mecz z Anglikami  w 1973 roku, gdyby nie zwycięski remis? Szara rzeczywistość tamtych lat bez tego meczu byłaby jeszcze bardziej szara. Kolejne pytanie, które usłyszałem to – czy trener robi dobrze wprowadzając totalny futbol? Większość, do których też się zaliczam, uważa że zbyt mało czasu na takie zmiany. Nasi piłkarze mają we krwi i w głowach całkiem inną taktykę. Gdyby trener miał więcej czasu to tak. Na taki styl przechodzą inni. Dobrze, gdyby kluby też grały podobną piłkę. Obym ja i wszyscy tak myślący mylili się. Jeśli chodzi o stan osobowy, to tutaj tylko selekcjoner jest odpowiedzialny i żaden działacz czy pomocnik trenera nie powinien mieć wpływu na personalny skład kadry. Oczywiście dyskusja selekcjonera ze sztabem szkoleniowym musi mieć miejsce, ale tylko główny trener rozliczany jest z wyniku końcowego. Oby nie stało się jak w ostatnich latach. Pierwszy mecz inauguracyjny, drugi mecz o wszystko i trzeci o honor.

Kolejny problem to kibice na trybunach. Na dzień dzisiejszy niektóre kraje zapewniają, że przewidują wpuszczenie kibiców na obiekty, ale jak będzie w rzeczywistości to czas pokaże. Polscy kibice mają zagwarantowane oglądanie wszystkich meczów w telewizji publicznej. Możliwość oglądania jest wielka, gdyż mecze odbywać się będą w godzinach popołudniowych i wieczornych. Chciałbym uatrakcyjnić oglądanie turnieju wprowadzając konkurs z nagrodą ufundowaną osobiście przez piszącego ten artykuł. Będą trzy  zasadnicze pytania:

 

  1. Kto zmierzy się w finale turnieju?
  2. Jaki będzie wynik meczu finałowego?
  3. Jak spisze się nasza reprezentacja?

 

Uważam, że początek zabawy już nastąpił. Nie żałuję, że moje uczestnictwo jest wykluczone. Nigdy jeszcze nie brałem udziału w zakładach piłkarskich, gdyż nie zawsze serce idzie w parze z głową. Wszystkie wątpliwości rozstrzygać będzie organizator. Swoje typy proszę przesyłać do redakcji Powiatowej – adres w stopce redakcyjnej i ewentualnie wrzucać do skrzynki pocztowej na drzwiach Stowarzyszenia Związek Emerytów Rencistów i Inwalidów O/Rejonowy Międzyrzecz os. Centrum 15 w terminie do 17. 06 br. Za wszystkie zmiany z terminami i miejscami rozgrywania meczów niezawinione przez piszącego serdecznie przepraszam i zachęcam do kibicowania naszym piłkarzom i tym, których sobie wcześniej upatrzyliśmy.

 

Jan Wiśniewski

 

Nie sposób nie napisać o meczu o Puchar Króla w Hiszpanii. Barcelona pokonała po pięknym meczu Athletic Bilbao i wcale nie chodzi o rozmiary wygranej tylko o styl i pokazanie na czym polega futbol totalny. Malkontenci powiedzą, że nie wszystko było tak piękne. Zgadzam się z tym, ale takim systemem grali ostatnio nasi reprezentanci, a różnicę widać było gołym okiem. Przede wszystkim skuteczność. A o to w piłce nożnej chodzi, żeby zdobywać bramki bez względu jakim systemem się gra. Moim zdaniem w pierwszej kolejności ważne jest wyszkolenie każdego piłkarza indywidualnie i duch walki przez 90 minut. O atmosferze w drużynie nie wspominam, chociaż jest ona bardzo ważna.  (J.W.)

   

 

 

 

 

 

Używamy plików cookie

Na naszej stronie internetowej używamy plików cookie. Niektóre z nich są niezbędne dla funkcjonowania strony, inne pomagają nam w ulepszaniu tej strony i doświadczeń użytkownika (Tracking Cookies). Możesz sam zdecydować, czy chcesz zezwolić na pliki cookie. Należy pamiętać, że w przypadku odrzucenia, nie wszystkie funkcje strony mogą być dostępne.